Kiedyś, ktoś opowiadał mi o tym, jak jeżdżąc na snowboardzie poza trasą, chyba w Alpach, wywinął fikołka i uderzył klatą o wystający konar albo kamień. Zatkało go. W jednej sekundzie przypomniał sobie z treningów w szkole sportowej, że kiedy nastąpi kontuzja i silny ból, nie można tego zaciskać. Trzeba oddychać, najlepiej wyobrażając sobie, że oddech dociera tam, gdzie boli. Dzięki temu, że wtedy nie przestał oddychać, doszedł do siebie i nie zatkało go na amen. Wyobrażam sobie, że zdarzyło się to w słoneczny i mroźny dzień. Wokół nie było nikogo, a śnieg rozbielał krajobraz. Czasem w bajkowej scenerii, w odczuciu wolności przychodzi największy ból. Jak to w życiu, wszystko naraz. Kilka dni temu, kiedy byłam na spacerze z psem, oddychając zimowym smutkiem, przyszła mi do głowy jedna z piosenek Beatelsów. Wróciłam do domu i postanowiłam jej odsłuchać. W pierwszej linijce było o Matce Boskiej. Ale odlot. Niepokalane poczęcie, Diego Velázquez, National Gallery...