Kilkanaście lat temu. Pogrzeb stryjecznej babki Alberty. Trumna stała przy ołtarzu, w otoczeniu kwiatów, w małym kościele w Olsztynku. Ciocia była postacią dosyć popularną i lubianą, więc większość zgromadzonych pogrążona była w głębokim smutku lub zadumie. Siedziałam blisko trumny, rozmyślając o życiu. Patrzyłam też na ciało cioci zamknięte w drewnianym pudełku, uwzględniając to, że ciocia może bytować gdzieś tam, w jakiejś innej formie. Wtem, na jasnym tle trumny pojawił się pająk, chyba zszedł z kwiatów? O! Posłaniec śmierci, pomyślałam. Teraz widzę, że ciocia sama w sobie miała coś z pająka. Snuła piękne opowieści o prababce i pradziadku, dekorując je zdjęciami. Poza tym w większości przypadków brała sprawy w swoje ręce i nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Była więc tak jak pająk, kowalem własnego losu. Kiedy byłam dzieckiem, dziwiły mnie u niej dwie rzeczy: nigdy nie opowiadała o chorobach i miała zaskakujące poczucie humoru, trochę ekscentryczne, czasem rubaszne, a ...