No więc cbecność szczura w pracowni nie dawała mi spokoju. Tym bardziej, że być może odcięłam mu drogę ucieczki, zasłaniając wentylator. W domu zastanawiałam się, czy ciągle tam jest, a jeśli tak to, co może jeszcze nawyrabiać. Następnego dnia, w drodze do pracowni Bima gryzła patyk i biegała nerwowo, a ja zastanawiałam się, czy dziś sobie pomaluję, czy może będę nurkować pod obrazami w poszukiwaniu szczura. Obrazy znowu powywalane. Te, które wczoraj malowałam, też. Pewnie szczur próbował wleźć z powrotem do wentylatora. Poczułam na ciele dreszcz, wyobrażając sobie, że gdzieś tu siedzi i jak ja go stąd wywabię? Zaczynam sprzątać i odstawiam powywalane sprzęty. Duże, zagruntowane, białe płótno leży na podłodze. Na jego powierzchni odcisnęły się kartki i papiery, które były pod spodem. Łapię za nie. Podnoszę. A tu nie szczur tylko...miejska łasica, a właściwie łasicze dziecko. Jest mała i brązowa. W pierwszej chwili zdębiała, ja zresztą też. A potem szu szu szu, szybko odskoczył...