Przejdź do głównej zawartości

Zaczyna się źle, a kończy jak zwykle dobrze

Idę ja do pracowni, świeci słońce, ludzie wychodzą z pracy do domu, piesek sobie biega. Już myślę co będę malować. Na a przede wszystkim, że napiję się mocnej pu-erh z cytryną, którą zagryzę ciasteczkiem migdałowym. 

Cieszę się, że pies pamięta, które to drzwi. Otwieram, ale ona staje jak wryta, jakby zobaczyła ducha. Chodź mówię, a ona robi zwrot i odbiega do wyjścia. Dziwne. Przekroczyłam próg pierwsza, przez sekundę było jak zwykle, a potem szybko zorientowałam się, że coś jest jednak inaczej. Patrzę, że obrazy, które wisiały na ścianie pospadały. Może coś borowali, zatrzęsło się i powypadały gwoździe, a może w pomieszczeniu obok robili eksperymenty chemiczne, odwirowywali i to dlatego. Ale widzę, że obrazy z kupki po przeciwnej stronie z górnych rzędów leżą na podłodze, a niektóre bezładnie na moim krześle. Zauważam kolejne rzeczy na podłodze: farby, taker, taśmy i lampkę z wywalonym kloszem.
Czyżby włamanie? Niee tam. Rozglądam się jak Sherlock w poszukiwaniu przyczyny. Widzę zaschnięte, czarne bobki na niebieskiej wykładzinie. Nosz kurde. Jeden jest świeży i brązowy. Kot? Jak się tu dostał? Aha! Patrzę na niezasłoniętą dziurę od wentylatora. A tyle razy chciałam ją zakryć, zwłaszcza, że zimą wiało przez nią zimne powietrze. Wyobrażam sobie, że kot był rudy z domieszką białego. Przyglądam się ścianie pod wentylatorem i zauważam na niej czarne smugi. O tu zeskoczył, zwalił obraz, wskoczył na ten oparty o ścianę i już. W sekundzie uświadamiam sobie, że na terenie Instytutu nie ma żadnych bezpańskich kotów. Są za to szczury.

Salvador Dali, Bułgarskie dziecko zjadające szczura, 1939

No cóż ten miły gryzoń nasrał mi pod paletą, pod zlewem, pozwalał artefakty z parapetu, pobił białą ceramiczną miseczkę, powywalał instalację z minerałów, wygryzł róg podobrazia, na szczęście z tyłu, zmierzwił szablony i zrobił na nie kupę oraz siku. Wyjadł psie przysmaki z (zakręconego!) słoika. Pod zlewem oprócz starego brudu znalazłam karton po moich ulubionych ciasteczkach migdałowych, które zostawiłam sobie na potem. Szczur pokazał mi, że nie ma „potem”.

Intruz i złodziej ciasteczek. Teraz pytanie czy ciągle tu jest, czy może siedzi pod stertą obrazów jak pikulik i czeka, aż sobie pójdziemy. Pies wąchał wszystkie kąty jak opętany. Ewidentnie była poruszona. Zbierając jego kupy i śmieci i zastanawiałam się, co to może znaczyć na poziomie symbolicznym.

Przez setki lat uznawany za brudasa i niechluja odpowiedzialnego za plagę dżumy. Okazało się, że to ni eon jest winny. Rzeczywistość jest zawsze lepsza niż idealistyczne wyobrażenia o niej. Totemy, szamańska moc połączenia z naturą. Seria uniesień. Przekazy płynące z głębi – mądre i uniwersalne. Ten konkrety totem zdemolował mi pracownię. Tylko teraz co on chciał, mi przez to powiedzieć? Że mam ruszyć do działania i wysłać w końcu to portfolio do galerii, a może chwali mnie za to, że spędzałam z tatą czas w szpitalu. w końcu szczur jest bardzo rodzinny.
Kiedy myślę o tym zwierzu pierwsze co przychodzi mi do głowy to to, że jest sprytny i potrafi się świetnie dostosować. Jeśli trzeba zje kawałki gazety albo resztki jedzenia. A u mnie sobie podjadł i pozwiedzał.

Czego uczy szczur. Żeby cieszyć się z tego, co jest. To, co z mojej perspektywy jest dramatem, z jego jest sposobem na przetrwanie kolejnego dnia, a może i nawet dobrą zabawą. Kto to wie?
A może to chodzi o szczurze gówna oraz o sukces i szczęście, które mi właśnie obwieściły?

Szczury z serialu Portlandia, 2011-2019

Monika Waraxa, 7.5.2019

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...