Przejdź do głównej zawartości

Odcinek 1: Olsztyn

Wyjazd na wezwanie zęba. Czekam na przystanku Odrębna. Według aplikacji autobus jest spóźniony o 5 minut. Spokojnie słucham rolki Yolandy, która jest zaklinaczką kobiecości oraz macierzyństwa. Dzięki niej uwierzyłam ostatecznie w to, że to ja tworzę swoją rzeczywistość myślami i wyobrażeniami.


Podniosłam wzrok znad telefonu i wryyym 142 przejechało. Zamachałam, ale to było raczej papa. Jakie są inne możliwości dojechania na dworzec? 146 z przystanku Romantyczna. Idę boczną uliczką. Po jednej stronie działki, po drugiej centrum szkoleniowe i parking dla kamperów. Śpiewają ptaki. Mam przebitki z angielskiej countryside. Słucham Simply Red, a potem znowu ptaków. Docieram do samotnego jak wyspa przystanku zanurzonego w oceanie hałasu. Przyjeżdża 146. Wsiadam do niego z parą starszych Niemców. Kiedy hormony płciowe zmienią swoje natężenie, bywa, że kobieta zamienia się w mężczyznę, a mężczyzna w kobietę. 


Wyobrażam sobie, że przyjechali kamperem do Warszawy. Zostawili swój dom na kółkach, żeby pozwiedzać trochę miasto. Jedziemy. I już jestem na wycieczce krajoznawczej. Od Wisły oddziela mnie wał. Myślę o dziadku. Nie wiadomo, jakiego był pochodzenia? Może niemieckiego? Martwię się o ząb. Czy panu Piotrowi uda się go załatać w czasie jednej wizyty? Po tym, jak w niedzielę wypadła mi z niego trzydziestokilkuletnia plomba, zajrzałam do środka i zobaczyłam czarną odchłań. Pomyślałam, że to jest mroczna pieczara prowadząca do wnętrza mojego ciała. Co znaczy to czarne na jej dnie? Czy to jest jakiś stan zapalny, ale przecież nie boli, to chyba nie? Czy to jest moje zaniedbanie? Nieee, przecież nie miałam dostępu do tego, co jest pod plombą. Czy to jest zaniedbanie mojego ciała? Jak ono się zachowywało, kiedy ja na nie nie patrzyłam przez trzydzieści lat? Postanawiam, że będę dobrej myśli. Po co się zadręczać rzeczami, na które nie ma się wpływu?


Mam jeszcze dużo czasu do pociągu, więc wysiądę na Kruczej. W Biedronce kupię wodę i coś na ząb. Wzięłam mniejszą butelkę Muszyny. Skoro jest w plastiku, to chociaż ją pobłogosławię. Co też uczyniłam również z pozostałą wodą w sklepie, której zgrzewki postawione były piętrowo na paletach. W drodze do kasy spostrzegam mężczyznę z czarną teczką. Był ubrany na czarno. Miał też kruczoczarne, falowane włosy. Pomyślałam, że ziomeczek idzie na egzamin na ASP, a w teczce ma papier rysunkowy. Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam, jak w prawej garści trzyma wronę. Potem zobaczyłam jego ogorzałą, podpuchniętą twarz. Miał lekko błędny wzrok i wydawało się, że był trochę nieobecny, i że istnieje sobie na innej linii czasowej razem z wroną. Trudno powiedzieć, czy była tam z nim z własnej woli? – Niech pani zobaczy, jaka jest spokojna. To samiczka – zagajał do kasjerki.


Na dworcu wzięłam kawę i skierowałam swoje kroki na peron pierwszy. Pociąg był już podstawiony. Zajęłam miejsce. W czasie podróży korespondowałam z Karoliną o archiwizowaniu moich prac. Przymierzam się do tego od jakiegoś czasu. Krótki kabelek ładowania powoduje, że nie mogę korzystać z telefonu, kiedy jest podłączony do gniazdka. To jest dobry sposób na odłączanie się od świata wirtualnego. Dojechałam do Olsztyna Głównego o czasie. Niedawno zakończono tu remont. Zachwyciłam się jego funkcjonalnością i przestronnością, ale też przypomniałam sobie, że remont pochłonął stary budynek dworca oraz kultowy kiosk z zapiekankami. To jest cena rozwoju.


Miałam jeszcze prawie dwie godziny do wizyty u dentysty. Skierowałam swoje kroki do sklepu rybnego. Miałam ze sobą próżniowe pojemniki, które planowałam wypełnić rybą. Smażona ryba to jest wspomnienie domu i taty. W sklepie rybnym „Krewetka” przy Limanowskiego niewiele się dzieje. Leniwa środa. Dwie sprzedawczynie: młodsza i starsza pochylają się w jakiejś niewiadomej sprawie nad ladą z rybami wędzonymi. Lada z rybą świeżą znajduje się po prawej stronie sklepu przy wejściu. Chwilę przyglądam się asortymentowi: pstrągi, liny, krzyżówka pstrąga z łososiem, której nazwy nie pamiętam, i jeden duży sum. Starsza ekspedientka podeszła do mnie. Krótko przycięte, lekko falowane włosy z pasemkami wskazywały na to, że jej chęć podobania się przegrywała z praktycznością. Była ubrana w dopasowaną bluzeczkę z dekoltem w kształcie „v”. Na jej piersiach lśnił złoty krzyż. Pomyślałam: fajnie, chrześcijanka. — Proszę pani, chciałabym kupić liny i tego suma. Czy jest możliwość wypatroszenia ryb? — Nie, proszę panią, my nie patroszymy ryb. Kilka miesięcy temu kupowałam szczupaki i inna ekspedientka mi je wypatroszyła. — Nie, proszę panią, my nie patroszymy ryb. Powtarzała odmowę jak mantrę. Jakby chciała powiedzieć, że tak nigdy nie było i już nie będzie. — Wie pani, chciałabym przewieźć te ryby w specjalnych opakowaniach, bez wypatroszenia będzie mi trudno. — Proszę panią…

Miałam niski poziom energii oraz motywacji do przekonywania ekspedientki, więc wyszłam zrezygnowana. Olsztyn wydał mi się miastem widmem, w którym sklep rybny działa na swoich zasadach i na pewno nie takich, żeby za wszelką cenę sprzedać towar, który dosyć szybko się psuje. W dalszym ciągu miałam dużo czasu do umówionej wizyty u dentysty. Pokręciłam się jeszcze przy sklepie z myślą, że może znajdę inny sklep rybny, ale moją uwagę przykuł sklep z tanią odzieżą. Miła pani w środku, fajne ciuszki. Kupiłam sobie wariackie legginsy o rozszerzanych nogawkach, sukienkę bardzo taniej angielskiej firmy w drobne kwiatki z wiskozy oraz różowy top. Łatwiej mi w szmateksach kupować rzeczy młodzieżowe i nowe, bo stare i te zbyt vintage kojarzą mi się z trudem życiowym i emocjonalnym poprzedniej właścicielki lub właściciela, co, jak wiadomo, nie jest obojętne energetycznie. Nie wierzę też zbytnio w pranie takich rzeczy w occie, który ma niby zresetować zapis energetyczny. Może i tak jest, ale ja tego nie stosuję. Zadowolona z kupna rzeczy, ale jeszcze trochę z zatrzymaniem na tym, że ekspedientka wolała nie sprzedać ryb, niż babrać się w ich czyszczeniu, co za tym idzie, podjąć konstruktywne działanie, zamiast odpływać w znużeniu, skierowało mnie na tory myślenia o tym, czym jest życie? Wiadomo, że umysł pozostaje bezradny w obliczu nieznanych zmiennych, które wpływają na określone postawy. Poza tym mój cel nie musi być zgodny z celem drugiego. Kiedy przechodziłam nad wiaduktem, pomyślałam jeszcze o tym, że w ogóle może nie chodzić o zrealizowanie celu. Bez względu na efekt, bez względu na oczekiwania i wyobrażenia umysłu. Chodzi o doświadczenie, o drogę. Co za nudziarstwo. 


Wciąż miałam jeszcze trochę czasu do wizyty, pomyślałam, że przycupnę na skwerku po drodze, ale siedzieli tam panowie, którzy może się zbyt zasiedzieli. Widać, że rozglądają się za jakimiś osobami, na które będą mogli sobie popatrzeć, co da im trochę radości i trochę nowych tematów do rozmów. Jakoś nie chciałam być bohaterką ich świata, poszłam więc w stronę dentysty. Po drodze jest Kościół Garnizonowy. Ostatnio byłam tam na pogrzebie Edzika, stryjka rzeźbiarza. Żegnano go z honorami jako twórcę zasłużonego dla miasta. Mszę prowadził biskup, przemawiał też prezydent Olsztyna, który dopuszczał się swego czasu niechlubnych czynów. Weszłam do kościoła. Nie zaszkodzi się pomodlić przed wizytą. W środku główne drzwi były zamknięte. — Z boku się wchodzi — powiedział chyba kościelny. Weszłam do pustego kościoła. W oddali, przy ołtarzu słyszałam głosy. Poczułam charakterystyczny zapach posadzki, drewna, werniksu na obrazach, kadzidła i niedawno zgaszonej świecy. W bocznym ołtarzu był obraz Jezusa Miłosiernego. Klęknęłam. Zaczęłam odmawiać koronkę. — Boże, czy Ty rzeczywiście chcesz, żebym przed Tobą klęczała? — Nie ma takiej potrzeby — odpowiedział. Usiadłam w ławce. Zobaczyłam przed sobą karteczkę z napisem „miejsca rodziców dzieci komunijnych”. Odmawiałam modlitwę na siedząco. Czułam, że coś się kasuje, coś łagodnieje. Do kościoła weszła zakonnica, klęknęła w ławce. Wychodząc, przyglądała mi się badawczo. Po modlitwie obeszłam kościół. Zobaczyłam księdza rozmawiającego z jakąś ważną parafianką. Może to organizatorka najbliższej pielgrzymki albo zwykły podlizuch, który myśli, że mając dobre relacje z proboszczem, zapewnia sobie dobre relacje z Bazą. Mam jeszcze piętnaście minut do wizyty. Dentysta ma swój gabinet obok kościoła. 


W dentystycznej toalecie kolejno wysikałam się, a potem umyłam zęby. Zza drzwi usłyszałam asystentkę dentysty, pana Piotra, panią Gosię. Chyba wcześniej skończyli z poprzednim pacjentem. — Dzień dobry. Proszę siadać. Co panią do mnie sprowadza? — zagaił życzliwie pan Piotr. — Ząb mi się otworzył, przepołowił. Jest żywy. Reaguje na ciepło i zimno. — Dobrze. Znieczulamy? — W moim wypadku to jest pytanie retoryczne. — A, nie wiadomo, może coś się w tej sprawie u pani zmieniło — powiedział z uśmiechem pan Piotr, przygotowując archaiczną, szklaną strzykawkę napełnioną znieczulającym płynem. — Nie, nie, nic się nie zmieniło. — Dobrze, to znieczulamy. Jeszcze troszeczkę, o tam muszę jeszcze się wkłuć i jeszcze tu. Czułam lekkie ukłucia igły, która chwilami trącała o kość szczęki. Płyn znieczulający wsączał się w dziąsła, podniebienie i przestrzeń pod językiem. Po podaniu znieczulenia dentysta wrócił na swój fotel i jak zwykle ucięliśmy sobie pogawędkę. — Wie pan, kiedy oglądałam ząb w lusterku, przeraziłam się, bo był czarny w środku. — To nic strasznego. Zębina się tam nabudowała i ona jest zwykle ciemna: czarna lub brązowa. To jest normalna reakcja ciała na plombę. — Ząb próbuje się regenerować? — Tak, dokładnie. Zęby są w środku ciemne i to nie jest patologia. Czy mogę coś jeszcze panu opowiedzieć? Nie czekając na odpowiedź dentysty, zaczęłam mówić: — Ząb połamał mi się w niedzielę. Nie wiem, czy wierzy pan w takie rzeczy, ale to jest związane z moim dziadkiem, z energią, ze sprawami rodowymi. Siódemka to ząb wskazujący na dalszego krewnego, ciocię, wujka lub dziadka. Siódemka rośnie z prawej strony, więc wskazuje na męską linię rodu. Dentysta słuchał mnie z mieszanką zadziwienia i ciekawości. — Chodzi o ujawnienie tajemnicy związanej z moim dziadkiem. To jest bolesna historia, która ma swoje szczęśliwe zakończenie u pana na fotelu. Także, jak pan widzi, to jest poważna sprawa. — Tak, rzeczywiście. Dentysta był podejrzanie zgodny. 


Tajemnica w rodzinie działa jak fatum, nieznana prawda determinuje i wikła, sprawiając, że nasz los upodabnia się do tych, którzy zostali z rodu wykluczeni. Zwykle dlatego, że dopuścili się jakiegoś haniebnego czynu. Tak było w przypadku mojego dziadka. W losie, postawach i doświadczeniach kolejnych pokoleń życie tego odszczepieńca przejawia się z zaskakującą wręcz analogią i dokładnością. Tajemnica istnieje w polu informacyjnym rodziny jak niewidzialna chmura i czeka na tego lub na tę, która będzie gotowa ją odkryć. Z odkryciem tajemnicy wiąże się kilka spraw: przywrócenie wykluczonego członka rodziny, przyjęcie tego, co zrobił, i w miarę możliwości wybaczenie mu. Cały proces dokonuje się w sercu. 


W przypadku historii mojego dziadka, ojca mamy, był to proces rozłożony w czasie. Od momentu, kiedy zaczęłam odkrywać prawdę, do momentu ujawnienia najtrudniejszej części losu dziadka, minął rok. Co jest stosunkowo ekspresowym tempem, zważywszy, że od wspominanych przeze mnie wydarzeń minęło osiemdziesiąt lat. Natomiast od momentu dowiedzenia się całej prawdy, do momentu, kiedy osadziła się ona w moim ciele i została przetransformowana w moim sercu, minęły dwa tygodnie. Co poprzedzone było bardzo intensywną pracą na działce: koszeniem trawy i krawędziowaniem odciętych gałęzi leszczyny. Czułam, że to zmęczenie prowadzi do czegoś intensywnego. Tego dnia zrobiłam więcej, niż mogłam. Wykonałam pracę ponad moje siły. Pod koniec dnia czułam już napięcie i ból karku. Obok nas odbywała się impreza, muzyka była za głośna i przeszkadzała. To spowodowało moją frustrację. Rano w niedzielę obudziłam się z bardzo silnym bólem szyi i karku. Miałam wrażenie, tak jakby ktoś mnie za niego chwycił i nie chciał puszczać. Poczułam, że to chodzi o dziadka. 


Jedząc granolę, wyjęłam z ust pół siódemki. Załamało mnie to i na chwilę wprawiło w emocjonalny stupor. Marcin pytał, czy czegoś nie potrzebuję, a ja nie umiałam mu odpowiedzieć. Byłam oszołomiona, czułam, że coś mocnego się wydarza, coś się dokonuje. Zadzwoniłam do Moniki. Pomogła mi wymyśleć, co mogę zrobić, żeby zamknąć temat. Zwykle takie sytuacje potrzebują jakiegoś działania, które będzie symbolicznym i dosłownym domknięciem. Rodzajem rytuału. Informacją dla ciała i dla podświadomości, że się dokonało. Nie wystarczy się dowiedzieć, przejrzeć. Trzeba to jeszcze przypieczętować jakimś działaniem przeprowadzonym w intencji domknięcia. Po wszystkim czułam się zmęczona. Monika powiedziała, że jak się dokona, poczuję ulgę. Na tym etapie ciągle jej nie czułam. Zadzwoniłam do znajomej psycholożki Teresy. Czułam, że rozmowa z nią mi pomoże. Teresa jest rówieśniczką mojej mamy. Od pierwszych słów rozmowy z nią, poczułam silny napór emocji i miałam poczucie, że jednocześnie ktoś mnie trzyma, obejmuje. Nagle stworzyła się przestrzeń, w której będę mogła wypowiedzieć to, z czym żyłam od roku. Tak się stało. Jednak to złamany ząb-dziadek był ostatecznym domknięciem sprawy.


— No i już. Udało się. To był duży ubytek, dlatego płaci pani trochę więcej za zaplombowanie. Poczułam ulgę i zmęczenie. Czuję, że moje ciało ma swoje sposoby i pomaga mi transformować to, co trudne. Poprzez natłok wydarzeń, spraw męczy się. Dochodzi do kulminacji, a potem przychodzi ulga. Ulga, o której mówiła Monika. Często jest tak, że umierający chwilę przed śmiercią ożywia się: chce gdzieś pójść, coś zjeść. Przed śmiercią następuje mobilizacja, wyrzut energii. Może więc zanim prawda o dziadku osiadła w moim sercu, nastąpiło ożywienie. Potem umarłam, a wraz ze mną moje stare życie, w którym nie wiedziałam, co zrobił dziadek. Jeszcze nie wiem, jak to przełoży się na moje życie, ale ewidentnie była to śmierć. Doświadczyłam śmierci części siebie. 


Miałam jeszcze trzy godziny do pociągu. Postanowiłam, że kupię sobie książkę i coś zjem, a potem co? Co tu robić? To czas wolny. Trochę się zrelaksuj, Monika. Właśnie, trzeba się zrelaksować. Pół twarzy było wciąż bez czucia po znieczuleniu. Byłam oszołomiona, ale pomaszerowałam w stronę księgarni w centrum miasta. Mijałam Teatr Jaracza. Na afiszu „Mireczek”, spektakl na podstawie książki mojej byłej koleżanki redakcyjnej Oli Zbroi. W księgarni pustki. Na środku wielkiej sali wyspa z paniami ekspedientkami. — Dzień dobry. Kieruję się do półki z nowościami. Wybieram pierwszą książkę „Godzina wieloryba”, rozglądam się jeszcze. Zastanawiam się nad „Chimerą” i książkami Marcina Wichy. Do księgarni wrócił pracownik ze słodkimi bułkami i pączkami. Zawłaszczał przestrzeń swoją opowieścią o smaku nadzienia pączka dubajskiego. To jest niezwykłe zjawisko: pączki z nadzieniem pistacjowym, czekoladki dubajskie w Biedronce. Cała Polska nagle zna pewien specjał. Z doniesień z mediów społecznościowych i Instagramowych rolek wynika, że są to słodycze popularne chyba wszędzie. To więc symboliczne wskazanie na to, że arabska część świata w najbliższym czasie na nas wpłynie.


Pomyślałam, że na razie wieloryb, a potem Wicha, ale jeszcze nie do końca podjęłam decyzję, bo pracownik wykrzykiwał do pracowniczki księgarni dane o ilości tomów jakiejś książki. — Czy ten pan musi tak krzyczeć? — zapytałam. — Ekspedientka rezolutnie i z zacięciem odpowiedziała: — Tak, musi, bo ja nie dosłyszę. — Dobrze, ale ja nie mogę się skupić na wyborze książki. Od razu przypomniał mi się sklep rybny. Dziwny tryb funkcjonowania punktów usługowych w Olsztynie. Klient jest tu jakby zbędny, jest jakimś dziwacznym dodatkiem do sklepu rybnego czy księgarni. Wiedziałam, że choć pracownicy księgarni idą w zaparte, prędzej czy później ta świadomość również im się udzieli. Byłam tego pewna. Po pięciu minutach pracownik księgarni mówił już ciszej, a mi udało się dokonać ostatecznej decyzji, że kupuję książkę Franczak. Z książką pod pachą udałam się na obiad do baru mlecznego. Kilkuosobowa grupa wbiła się przede mną w kolejkę. Nie miałam siły z odrętwiałą twarzą stawiać temu czoła. Starsza matka z czwórką swoich dorosłych dzieci już wybierała dania, kiedy jej syn zwrócił się trochę do mnie, trochę do nich: — Ale pani tu chyba stała przed nami. — Tak, dziękuję, że pan to zauważył. — Nie, niech pani sobie zamawia. Nas jest więcej, to dłużej potrwa. Sympatyczna sytuacja i życzliwość drugiego wprawiły mnie w dobry nastrój. 

Zjadłam dorsza, babkę ziemniaczaną z sałatą, z ogórkiem i ze śmietaną. Musiałam uważać, żeby nie pogryźć policzka i języka. Byłam bardzo głodna, ale jadłam powoli, niezbyt czując smak potrawy. 


Co dalej? Nadal będę się relaksowała. Wzięłam plecak, książkę i ruszyłam na stare miasto. Może sobie coś kupię, a może wypiję kawę? Zrobiło się całkiem ciepło. Poczułam zmęczenie. Weszłam do sklepu z pamiątkami przy Wysokiej Bramie. Ten sam asortyment od kilku lat. Sklepik trwa siłą rozpędu. Za to jubiler nie wytrzymał presji rynku i chińszczyzny sprzedawanej po drugiej stronie rynku. Rossmann, Tiger w centralnym punkcie. Tak, jak chyba we wszystkich miastach w Polsce. Smutna forma usieciowienia i zatracenia. Skręciłam w bok. Wyszłam obok kościoła. Trafiłam na zamknięty sklep z dewocjonaliami. Na wystawie leżały wianki dla dziewczynek komunijnych. Poczułam zmęczenie. Znieczulenie nadal trzymało. Odwróciłam się i zobaczyłam wejście do Muzeum Archidiecezji. Weszłam do pustego, przeszklonego holu. Wysokie czerwone fotele po lewej, po prawej kasa. — Ile kosztuje wejście? — 7 zł bilet ulgowy. — To poproszę. Pokazałam pani legitymację doktorancką, która jest ważna jeszcze do września. Korzystałam z niej chyba dwa razy w czasie kształcenia w Szkole Doktorskiej. To jest trzeci raz. Płatność tylko gotówką. Wyjęłam monety z portfela. Zaczęłam liczyć. Pani mi pomagała. W muzeum byłam zupełnie sama. Było tam zacisznie. Czułam, że jestem na nowej linii czasowej. Obrazy, nastawy ołtarzowe: złocone figury św. Jana Chrzciciela, Matki Boskiej Bolesnej, św. Andrzeja, św. Wojciecha – patrona Olsztyna. Olbrzymi zbiór naczyń: kielichy, monstrancje, lavabo, pierścienie biskupie z ametystem, bogato zdobione mitry, jedna z koralem, inna z bursztynem, ornaty XVIII i XIX wieczne, haftowane nastawy ołtarzowe, malarstwo, grafika, serca dzwonów, stopa dziecka i psa odciśnięte w XV-wiecznych cegłach. Różności. Zatopiłam się w świecie religijnych artefaktów. Dużo pięknego rękodzieła, przepychu. Kiedy skończyłam zwiedzanie, pani stała już przy maszynie do kawy. Kawa też za gotówkę. To niestety, innym razem napiję się kawy. Szkoda. Na dworzec dotarłam pół godziny przed odjazdem pociągu. Usiadłam w budce na peronie. Zdjęłam buty. Moje stopy parowały, spoczywając na betonowej nawierzchni peronu. To dobry moment, żeby wrócić do siebie.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 4: Olsztynek

. Już w lutym obiecałam rodzicom, że odwiedzę ich groby. Tym razem miała to być wizyta symbolizująca zamknięcie kolejnego etapu życia i wejście w dorosłość na dobre. Miałam taką mini sesję z koleżanką w ramach naszego kursu coachingu i tam spotkałam się z małą Moniką, dziewczynką, którą przez wiele lat zaniedbywałam. Widzę ją jako wersję siebie z czasów, kiedy mieszkaliśmy w Janowie pod Bydgoszczą. Mam pięć lat. Blond włoski ścięte do ucha, z grzywką, lekko zmierzwione. Jestem ubrana w białą sukieneczkę w drobny wzorek. Nie pamiętam jaki? Sukienka ma pasek. Jako dziewczynka lubiłam nosić sukienki. Byłam taką małą księżniczką. Brak kontaktu z moim wewnętrznym dzieckiem łączył się z bardzo głębokim poczuciem krzywdy, zranieniem, a co za tym idzie, nadmiarowymi reakcjami na opinie innych o mnie, zwłaszcza te niesłuszne. Zaniedbane wewnętrzne dziecko sprawiało mi dużo trosk. Ruszyłyśmy z Bimcią w czwartek, z Warszawy Centralnej  pociągiem o 7:50 . Musiałam dokupić Bimci bilet, bo w apl...