Przejdź do głównej zawartości

Odcinek 3: Ramana

Monika Waraxa w swojej pracowni pracuje nad obrazem przedstawiaącym portret Sri Ramany Maharishiego


Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany”, reportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku kokosowym z dodatkiem granoli i borówek. Ach, jak zdrowo! Moje samopoczucie rosło, a ja wznosiłam się wraz z nim. Pogoda sprzyjała. Nie było zbyt ciepło, a na niebie kłębiły się białe chmury, które przybierały ciekawe kształty. Wyobrażałam sobie, że to moje myśli je formują. Płynęłam więc na tych obłokach, a wraz ze mną płynęli pasażerowie autobusu nr 182.

Z Placu na Rozdrożu ruszyłyśmy z Bimcią przez Park Ujazdowski w kierunku biblioteki. Jak tylko weszłyśmy do parku, poczułam się jeszcze lepiej. Było mało ludzi. W oddali zauważyłam mężczyznę siedzącego na brzegu sadzawki. Był w samych slipach. Lato, lato! Bimcia węszyła i z uśmiechem przemierzała alejki parkowe, a ja wąchałam i podziwiałam róże. Potem aleją ambasad dotarłyśmy do kamienicy, w której jest biblioteka. W podwórcu kolejny ogród. W jego centralnej części rósł orzech włoski, wokół różowe hortensje i wiele innych kwiatów. Byłam oczarowana. Bardzo miła pani bibliotekarka, u której wcześniej zamówiłam książkę, ucieszyła się na mój widok. Była radosna i przyjazna. Miała na sobie sukienkę w kwiatki. Wspaniale! Trochę narzekała na pogodę, że lato nazbyt deszczowe. „Może dobrze by było, żeby deszcz padał w nocy, a w dzień świeciło słońce” – powiedziała. „Tego sobie więc życzmy!” – rzuciłam jej na odchodne.

Odpaliłam podcast rozwojowy na drogę. Już więc przed południem miałam wyrobioną normę zadbania o dobrostan. Myślałam, że dotrzemy z Bimboladą do Narodowego, żeby wsiąść w 22, ale przechodząc przez Plac Trzech Krzyży, sprawdziłam 116. I akurat miało przyjechać. Świetnie! Dojedziemy do Placu Inwalidów i przejdziemy ten kawałeczek do pracowni. Bimcia będzie miała spacer.
Słuchając wartościowego podcastu, wkroczyłyśmy w Aleję Wojska Polskiego, a właściwie w jej środkową część z trawą i ławeczkami. Spuściłam Bimcię. Szłam sobie zadowolona ze swojego życia, trochę jakby unosząc się nad ziemią, kiedy kątem oka zauważyłam, że Bimcia się tarza. „A niech się piesek tarza, jak lubi”. Minęłam ją, a ona wciąż się tarza. Wołam, a ona nie przychodzi, tylko się tarza. Pewnie się tarza. No tak, przecież się tarza, ale w czym się tarza, bo tak długo to nie tylko w trawie. I rzeczywiście. Bimcia znalazła miejsce, w którym jakiś człowiek bez dostępu do toalety zrobił kupę. Kiedy wreszcie ruszyła w moją stronę, już z daleka zauważyłam, jak sierść na jej karku połyskuje w słońcu esencjonalnym laminatem. Gównem pokryta była również jej obroża i głowa.

Jakże szybko wróciłam z moich wysokich przelotów i wylądowałam nagle. Nie zdenerwowałam się jednak, gdyż miałam zapas dobrej energii. Poza tym po co się denerwować czymś, na co nie mam wpływu? Zinterpretowałam tę sytuację jako zawołanie do tu i teraz oraz symbol resetu, poza tym wdepnąć w gówno to zawsze dobry znak dla Bimci. Wykąpie się pieska i już. Szłam niespiesznie w kierunku pracowni, bo co zmieniłby pośpiech? Choć piesek kojarzył mi się teraz z osobą w kryzysie bezdomności, kroczyłam godnie przez Żoliborz. Zawsze, kiedy się wytarza w gównie, a zdarza jej się to kilka razy w roku, jest zadowolona, a na jej pysku maluje się spełnienie. 

Po dotarciu do pracowni założyłam jednorazowe rękawiczki w kolorze lila, wzięłam ręcznik, szare mydło, wlałam do wiadra od mopa trochę octu do ostatniego płukania futra Bimci. W drodze do toalety spotkałyśmy panią Kasię, chemiczkę, która ma laboratorium obok mojej pracowni. Szła przed nami i głośno zastanawiała się: „Co tu tak śmierdzi?”. Do spekulacji przyłączyła się pani sprzątająca, Agnieszka. Na szczęście w naszej zakładowej toalecie jest brodzik. Wstawiłam Bimcię. Namoczyłam, natarłam kostką mydła, spłukałam obficie wodą, a potem poprawiłam wodą z octem. Wytarłam i powiedziałam: „A teraz marsz do pracowni”. Przy toalecie stała pani Agnieszka, widać chciała się koniecznie dowiedzieć, co to się stało. „Wytarzała się w kupie” – powiedziałam. „Ach, w kupie? A to niegrzeczny piesek! To teraz trzeba było się wykąpać. A lubi się kąpać?”. „Nie, nie lubi, ale nie ma wyjścia”. „No tak” – odpowiedziała rzeczowo pani Agnieszka. 

„I nie myśl o wchodzeniu na kanapę. Leżysz na swoim latającym dywaniku do wyschnięcia”. Bimcia była niepocieszona, a ja byłam uziemiona. Czas na obiad, a potem może pomaluję? Dodałam wcześniej materiały na Instagrama. Historia o kupie okazała się być samograjem, przekształcając się w krótką przypowieść z morałem o tym, co się dzieje, kiedy zbyt wysoko się odlatuje.
Wczoraj przygotowałam zdjęcia Sri Ramany do portretu, nad którym będę pracowała. Wybrane z nich powiększyłam w pobliskim punkcie ksero. Pani Elżbieta tym razem wpadła na pomysł, że będzie od razu drukowała z komputera części powiększonego zdjęcia, a nie jak zwykle powiększała je manualnie na ksero. Pomyślałam, że ten technologiczny skok kwantowy to znak ponadzmysłowej obecności Ramany. Miałam malować portret innego świętego, ale to on przyszedł mi do głowy kilka dni temu. Dawno z nim „nie gadałam”. Potrzebuję teraz trochę spokoju i serce woła, więc akurat. Kilka dni wcześniej ustawiłam sobie jego zdjęcie portretowe na pulpicie. Za każdym razem kiedy włączam komputer, spotykam się z jego głębokim i łagodnym spojrzeniem, które działa jak plaster miodu na moje skołatane serce.

Wczoraj przygotowałam duży szablon ze zdjęcia, na którym Ramana leży na swojej otomanie w klasycznej pozie odaliski, co ewidentnie skojarzyło mi się z Tycjanem i jego odaliskami – niezliczonymi wersjami Wenus, które namiętnie malował. Dziwne skojarzenia, ale w sumie Ramana przez swoją miękkość i inkluzywność oraz łagodność był bardziej żeński. Postanowiłam, że namaluję go na dużym formacie 140 x 115 cm. Po tym, jak uporałam się z Bimcią, obiadem i Instagramem, poczułam zmęczenie i to, że mam mało energii, żeby wystartować obraz, ale pomyślałam, że spróbuję. Od wczoraj na ścianie obok sztalug i płótna zawiesiłam ten sam portret, który mam na pulpicie komputera. Ramana obserwował mnie swoim spokojnym wzrokiem, nie narzucając żadnych działań. Jakby mówił: „Działaj w swoim tempie tak, jak czujesz”. „To jaki kolorek pan sobie winszuje?” – spytałam w myślach Ramanę. Z kupki rozsypanych farb wybrałam trzy. Na talerzu, którego zwykle używam jako palety, rozrobiłam akryle: zmieszałam biel tytanową z odrobiną cynobru i żółcieni indyjskiej. Zrobił się z tego bladozłoty róż. Założyłam szerokim pędzlem aplę tego ciepłego i optymistycznego koloru na białe płótno. Bimcia w międzyczasie wyschła, więc spała już na kanapie i bardzo dobrze, bo leżące na podłodze podobrazie wypełniało całą wolną przestrzeń. Potem postawiłam je na sztalugach. Usiadłam na kanapie. Ramana patrzył na mnie. Poczułam wdzięczność za to, że wypełnia teraz swoim spokojem przestrzeń mojej pracowni. Poczułam jego energię. Poczułam, że nic nie muszę, a wszystko mogę. Poczułam, że to jest mój świat, w którym stwarzam inne światy, a on mi w tym towarzyszy, trochę kibicuje, ale nie jak cheerleaderka, tylko bardziej subtelnie.

No dobra, zanim podobrazie wyschnie, pozmywam naczynia, bo nie lubię ich zmywać przed samym wyjściem. Włożyłam też do zlewu talerz, na którym wcześniej rozrabiałam kolor na aplę. Używam tego talerza od 2017 roku. Jest to klasyczny talerz, jaki można było oglądać w polskich domach na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nijaki wzorek w drobne różowe kwiatki, których nie umiałabym odtworzyć z pamięci. Jego strukturalne obramowania z czasem pokryły się warstwą olejnej farby, która przez te wszystkie lata osiadała na rancie talerza, zabierając jego kolejne części jak wydma las – wyobrażałam sobie, że mieszanka farb w kolorze brudnej zieleni z czasem dotrze do jego środka. Choć każdego dnia po skończonej pracy starannie czyściłam talerz, coś tam zawsze zostawało i z czasem stworzył się osad z farby. Załamałam się, kiedy pewnego razu odwróciłam go na drugą stronę i zobaczyłam, że pod spodem jest cały umazany śladami farby, które tworzyły moje odciski farby. Zajęło mi kilka dobrych lat, żeby to zauważyć. Wierzch czyściłam, ale nie zaglądałam pod spód. Pogodziłam się już jakiś czas temu, że talerz będzie stopniowo zarastał farbą, aż pewnego dnia całkowicie pokryje go nalot brudnego koloru.

Myjąc naczynia, spływała na niego woda. Zauważyłam, że lekko namoczony osad z farby odchodzi. O! To może doszoruję talerz? Wzięłam złoty szorowak, usiadłam na podłodze. Między nogami położyłam ściereczkę z lilowej mikrofibry, postawiłam na niej talerz i zaczęłam szorować. Farba odchodziła stosunkowo łatwo, ale w zagłębieniach nie chciała, wzięłam więc nożyk do wycinania szablonów o cieniutkim ostrzu i zaczęłam czyścić drobne wklęsłości i wypukłości talerza. Kiedy tak już weszłam w rodzaj transu, zrozumiałam, że to jest moje zadanie na dziś, które dostałam od Ramany. Przygotowanie przestrzeni. Zeskrobanie warstw brudu, które narosły w moim sercu. Mając tę świadomość, tym pokorniej czyściłam talerz. Uwolnienie cierpienia nie dopełni się poprzez myśl lub nawet emocję. Należy do tego celu zaangażować ciało. Czułam się jak adeptka na początku ścieżki duchowej, który zanim zacznie medytować, najpierw szoruje podłogę, gary lub w inny niezbyt „uduchowiony” sposób służy i pomaga. Ja co prawda służyłam sobie, ale przede wszystkim przygotowywałam przestrzeń na spotkanie z Ramaną. Doczyszczając rant talerza, zobaczyłam, jak spod zielonoburej farby wyłania się złoto. Nie powiem wam, co sobie pomyślałam, żeby nie zajeżdżać Coelho za bardzo, ale może sami się domyślicie, co tam mi się zaczęło układać w głowie. Potem odwróciłam talerz na drugą stronę i doczyściłam spód. Widziałam, jak Ramana obserwuje mnie z ukosa. Był na tyle daleko, że ledwo widziałam jego twarz, ale czułam, że patrzy na mnie. Nie ocenia, nie wymusza. Po prostu jest. W tym byciu czułam się trzymana, prowadzona. W tym byciu wiedziałam bez słów, jaki będzie kolejny krok. Doczyszczenie talerza zajęło mi godzinę. Spłukałam go wodą z płynem. Osuszyłam. Przygotowałam krzesło z farbami, ustawiłam media malarskie. Jutro zaczynam malować.

Monika Waraxa

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 1: Olsztyn

Wyjazd na wezwanie zęba. Czekam na przystanku Odrębna. Według aplikacji autobus jest spóźniony o 5 minut. Spokojnie słucham rolki Yolandy, która jest zaklinaczką kobiecości oraz macierzyństwa. Dzięki niej uwierzyłam ostatecznie w to, że to ja tworzę swoją rzeczywistość myślami i wyobrażeniami. Podniosłam wzrok znad telefonu i wryyym 142 przejechało. Zamachałam, ale to było raczej papa. Jakie są inne możliwości dojechania na dworzec? 146 z przystanku Romantyczna. Idę boczną uliczką. Po jednej stronie działki, po drugiej centrum szkoleniowe i parking dla kamperów. Śpiewają ptaki. Mam przebitki z angielskiej countryside. Słucham Simply Red, a potem znowu ptaków. Docieram do samotnego jak wyspa przystanku zanurzonego w oceanie hałasu. Przyjeżdża 146. Wsiadam do niego z parą starszych Niemców. Kiedy hormony płciowe zmienią swoje natężenie, bywa, że kobieta zamienia się w mężczyznę, a mężczyzna w kobietę.   Wyobrażam sobie, że przyjechali kamperem do Warszawy. Zostawili swój dom na kółka...

Odcinek 4: Olsztynek

. Już w lutym obiecałam rodzicom, że odwiedzę ich groby. Tym razem miała to być wizyta symbolizująca zamknięcie kolejnego etapu życia i wejście w dorosłość na dobre. Miałam taką mini sesję z koleżanką w ramach naszego kursu coachingu i tam spotkałam się z małą Moniką, dziewczynką, którą przez wiele lat zaniedbywałam. Widzę ją jako wersję siebie z czasów, kiedy mieszkaliśmy w Janowie pod Bydgoszczą. Mam pięć lat. Blond włoski ścięte do ucha, z grzywką, lekko zmierzwione. Jestem ubrana w białą sukieneczkę w drobny wzorek. Nie pamiętam jaki? Sukienka ma pasek. Jako dziewczynka lubiłam nosić sukienki. Byłam taką małą księżniczką. Brak kontaktu z moim wewnętrznym dzieckiem łączył się z bardzo głębokim poczuciem krzywdy, zranieniem, a co za tym idzie, nadmiarowymi reakcjami na opinie innych o mnie, zwłaszcza te niesłuszne. Zaniedbane wewnętrzne dziecko sprawiało mi dużo trosk. Ruszyłyśmy z Bimcią w czwartek, z Warszawy Centralnej  pociągiem o 7:50 . Musiałam dokupić Bimci bilet, bo w apl...