Przejdź do głównej zawartości

Ciąg dalszy tego, co zaczęło się wczoraj

No więc cbecność szczura w pracowni nie dawała mi spokoju. Tym bardziej, że być może odcięłam mu drogę ucieczki, zasłaniając wentylator. W domu zastanawiałam się, czy ciągle tam jest, a jeśli tak to, co może jeszcze nawyrabiać.
Następnego dnia, w drodze do pracowni Bima gryzła patyk i biegała nerwowo, a ja zastanawiałam się, czy dziś sobie pomaluję, czy może będę nurkować pod obrazami w poszukiwaniu szczura.

Obrazy znowu powywalane.
Te, które wczoraj malowałam, też. Pewnie szczur próbował wleźć z powrotem do wentylatora. Poczułam na ciele dreszcz, wyobrażając sobie, że gdzieś tu siedzi i jak ja go stąd wywabię? Zaczynam sprzątać i odstawiam powywalane sprzęty. Duże, zagruntowane, białe płótno leży na podłodze. Na jego powierzchni odcisnęły się kartki i papiery, które były pod spodem. Łapię za nie. Podnoszę. A tu nie szczur tylko...miejska łasica, a właściwie łasicze dziecko. Jest mała i brązowa. W pierwszej chwili zdębiała, ja zresztą też. A potem szu szu szu, szybko odskoczyła pod stertę obrazów, opartych o ścianę na przeciwko. Pies zgłupiał. Ja ucieszyłam się, że to nie szczur i zmartwiłam, bo trudno będzie złapać tego wija, co tak się umie rozpłaszczać.

Aluzja
Buduję podest z książek i kartonów przy oknie, otwieram je na oścież, biorę psa i wychodzimy. Może łasica wyjdzie sama. Siadam na placu przed budynkiem na kawałku obłupanego betonu. Pies biega nerwowo, coś tam zeżara. Piszczy, obłażą ją mrówki. O! tarza się w piachu. Wracamy do pracowni.

Poczułam, że łasica tu jednak ciągle jest, z tymże przyczajona pod stertą obrazów. Odkładam obraz po obrazie, stukam patykiem, klaszczę. A nuż zechce wyjść sama. Odchylam pozostałe. Widzę ją. Siedzi pod nimi przerażona i skulona. Przeganiam ją kijem od szczotki: no idź, wyłaź. Idź w stronę światła ty beżowy stworze. Idzie, ale zakręca i wraca pod te same obrazy.

Ulepszam metodę.
Tarasuję ewentualną drogę ucieczki. Robię parawany i zasieki. Wsadzam kij od szczotki pod paletę budowlaną, na której stoją obrazy. Przeganiam ją i próbuję podowabić do okna. A ona zamiast do światła, znowu uderza w mrok, pod obrazy. I tak z pięć razy.

Dama z gronostajem, Leonardo da Vinci, 1488-1490

Wcale nie jest szybka, ale jej ciało wydaje się być zrobione z plasteliny, przeciska się. Ulepszam zasieki i zastanawiam się, czy nie przechwycić jej w wiadro od mopa. A zapomniałam, że Bima przez ten cały czas jest na smyczy, przy drzwiach wejściowych. Za każdym razem kiedy łasica przebiega przy niej, staje dęba i rozkopuje mniejsze obrazy przednimi łapami.
Ja ciągle w kurtce. Robi mi się gorąco. Z tego wszystkiego i chyba trochę z litości rzucam łasicy psi przysmak. Niech sobie podchrupie. Chrupie, a ja jej się przyglądam stojąc nad odchylonymi obrazami. Zmęczona jestem.

Pomocy!
W pracowni obok siedzi Grażyna, chemiczka, która określa stopy złota i srebra dla klientów prywatnych po godzinach. Tłumaczę jej o co chodzi. Dobrze, tylko za dziesięć minut muszę zmienić kwas, bo mi odczyn nie wyjdzie. Próbujemy wywabiać łasicę. Przerwa na odczyn. Potem znowu. Jesteśmy wyczerpane. Łasica zresztą też. Spod okna przeskakuje pod obrazy przy drzwiach. Grażyna zagląda pod nie. Nie ma jej. Pies węszy. Świecę latarką. Jest. Podwieszona przy górnej krawędzi obrazu, za folię bąbelkową. Patrz jak się przyczaiła. Słuchaj Grażyna odsłonię wlot wentylatora, odchylę obrazy i może jakoś się wdrapie tam skąd przyszła? Niestety, zawiesza się na Audrey Hepburn. Zastyga na wysokości jej głowy. No dawaj, dawaj dopingujemy. Nic z tego, spada pod małą kupkę obrazów. Może nakryjemy ją ręcznikiem, na to postawimy wiadro. Pod całość zasadzimy karton. Tak! Po raz kolejny odchylam obrazy. Ręcznik, wiadro. Jest.

Jak łasica, Mission Imposible

Uwalniam
Grażyna niesie ją do wyjścia. Niepostrzeżenie formujemy procesję. Stawiamy wiadro na trawie przed budynkiem. Łasica trochę oszołomiona, stoi na kartonie, rozgląda się niemrawo i powoli rusza w stronę ogrodzenia, niknąc w trawie.

Warszawa 17.5.2019

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...