Przejdź do głównej zawartości

Bo masz luksus przeżywania życia


Kiedyś, ktoś opowiadał mi o tym, jak jeżdżąc na snowboardzie poza trasą, chyba w Alpach, wywinął fikołka i uderzył klatą o wystający konar albo kamień. Zatkało go. W jednej sekundzie przypomniał sobie z treningów w szkole sportowej, że kiedy nastąpi kontuzja
i silny ból, nie można tego zaciskać. Trzeba oddychać, najlepiej wyobrażając sobie, że oddech dociera tam, gdzie boli. Dzięki temu, że wtedy nie przestał oddychać, doszedł do siebie i nie zatkało go na amen. Wyobrażam sobie, że zdarzyło się to w słoneczny i mroźny dzień. Wokół nie było nikogo, a śnieg rozbielał krajobraz. Czasem w bajkowej scenerii, 
w odczuciu wolności przychodzi największy ból. Jak to w życiu, wszystko naraz.

Kilka dni temu, kiedy byłam na spacerze z psem, oddychając zimowym smutkiem, przyszła mi do głowy jedna z piosenek Beatelsów. Wróciłam do domu i postanowiłam jej odsłuchać. W pierwszej linijce było o Matce Boskiej. Ale odlot. 

Niepokalane poczęcie, Diego Velázquez, National Gallery, Londyn
Jestem waleczna, więc często zdarza mi się zmagać i opierać. A tu ni z tego, ni z owego ukazała się zupełnie nowa strategia, kiedyś mylona przeze mnie z bezradnością i z białą flagą. A przecież poddanie się temu, co jest ma głębszy sens, bo pozwala patrzeć szerzej na sprawy i ludzi.
Puszczanie jest etapem wstępnym, pośrednim, ułatwiającym przejście do nowej jakości
i zupełnie innego stanu. Ten moment jest ważny, bo w większości jesteśmy wyszkoleni do rozwiązywania problemów w działaniu. Puszczanie jest aktywną formą nie-działania
i wstępem do całkowitego poddania się*. 

Po tym jak ileś razy uda się coś puścić, zostawić bez żalu i oczyścić swoją przestrzeń, przychodzi czas na nowość. A wtedy wszystko sprząta się samo, a właściwie to nawet nie bardzo się brudzi.
Śpiewając Let it be, let it be, let it be...  mogłabym być elfią terapeutką dusz i mówić: Wyobraź sobie, że wibracja tych słów przenika cię i nasącza spokojem. Z każdym oddechem czujesz coraz bardziej, że jesteś i to wystarczy. Twoja obecność bez najmniejszego ruchu lub działania i sama czysta świadomość dotyka i karmi wszystko, co jest wokół.
A petentów przyjmowałabym w lesie, w dębowym zagajniku albo wśród paproci, tylko, żeby mi tam kwiatów nie szukali...Jesteś na środku oceanu, a jego powierzchnia lekko faluje. Brzeg jest tak daleko, że nawet trudno go sobie wyobrazić. Ogrom oceanu nie przeraża, raczej zachwyca cię swoją przestrzenią. A pod tobą tony wody pulsującą potencjałem możliwości  i kreacji...W każdej chwili możesz się w nim zanurzyć. Cieszy cię ta myśl. Wszystko może zaistnieć. Nie musisz już nic oceniać, weryfikować i odpuszczać. Ani
o niczym myśleć lub decydować. Widzisz swoje życie z perspektywy galaktycznej i czujesz się zakotwiczony w swoim sercu. Jesteś tulony jego spokojem i siłą.
A i nazwałabym tę terapię: Nurkując w paprociach.

Na dziedzińcu, przed oknem mojej nowej pracowni stoją dwa drzewa bliżej, po lewej jest sosna. Dalej po prawej rośnie ciemniejszy i większy świerk. Niby tylko stoją, ale tak naprawdę tańczą, rozmawiają, a potem też się przytulają. Let it be pochodzi z 12 i ostatniego albumu Beatelsów nagrywanego między 1969 i 1970 rokiem. Prorocze słowa opisujące koniec pewnej ery, dla nich, a może też dla innych. 

* Poddanie się jest zawiera w sobie uważność, która koniec końców nastraja do działania.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...