Przejdź do głównej zawartości

Bo we mnie jest dzik



Ból głowy, dwa Apapy. W łóżku o 21. Budziłam się o 4 i 5 nad ranem. Już było piękne niebieskie niebo. Od kilku dni latają jeżyki. Dźwiękowo lepsze niż wrony. Piękne słońce.
Mama zawsze powtarzała mi: musisz być mądrzejsza. Szczerze nie podobała mi się ta rada. Wkurzało mnie to, że muszę widzieć rzeczy z dystansu, odpuszczać, brać poprawkę. Dziś wiem, że wcale nie muszę, tylko chcę.
Chcieć odpuścić jeśli ktoś niemożliwie cię irytuje. To trudniejsze niż się wydaje. Zwykle złość, którą nosi się w sercu zazębia się z tą drugą złością i ma się kurde klincz. A wtedy sytuacja szybko zaczyna przypominać stopklatkę z przedszkola z dwojgiem bachorów, które tłuczą się o misia.
Dużo było takich sytuacji. Na pocieszenie myślę o mistrzostwie Pawlikowskiego, który wyśrubował Zimną wojnę przede wszystkim pracą aktorów, którzy w nieskończoność powtarzali ujęcia. Ile było tych dubli? Setki, czy tysiące? Trudno powiedzieć, ale film zdobył Złotą palmę w Cannes, to chyba wyszło dobrze.

Też dużo ćwiczyłam. Choć brałam poprawkę, myśl była szybsza niż błyskawica. Najpierw dramatyczna w przebiegu reakcja, a potem scenariusze, które potwierdzają, że na świecie rzeczywiście nie nie ma nikogo biedniejszego ode mnie, a krzywdy których zaznałam nic nie odkupi, no nic. I tak przez ostatnie dwadzieścia lat. Z tymże mniej więcej w połowie tego dystansu przyszła myśl, że może można spróbować inaczej i dałoby się w to nie wdawać? A jednak się wdawałam i to jakby bardziej. No i to już było całkiem dramatyczne w przebiegu, tym bardziej, że wiedziałam, że chcę inaczej. Frustracja, niemoc. Dlaczego do cholery się nie udaje? Dlaczego doskakuje do ludzi, zwłaszcza bliskich jak ten zraniony dzik, no i jedyne na co mam ochotę to rozszarpać ich na kawałki i to tak, żeby ich bolało. Długo byłam tym szarżującym dzikiem*.

Ilość prób i błędów niezliczona. Przećwiczone strategie naprawdę różne. Medytacja, wyciszanie emocji, kontakt z naturą, dieta wegetariańska. No już tak się oczyściłam i uspokoiłam, że już bardziej nie można. A dzik wciąż żywy.
Co gorsza nie dość, że zraniony, to jeszcze coś lub ktoś wsadziło go do klatki. Miota się tam jak nie wiem co. I zaraz trafi go szlag. Choć zraniony, nie wykrwawia się na śmierć. A bóg dzik nie chce zabrać go do siebie. Jego desperacja rośnie. Albo mnie wypuście albo mnie dobijcie zwraca się w myślach do niewidzialnych oprawców. 

No więc konfrontowane ego miota się jak ranny dzik albo metalowiec na koncercie, który prontissimo potrzebuje egzorcyzmów. 
Oczekiwania, chcenia, narzucanie swojej woli, wymuszenia, terror. Wszystko co prowadzi do obniżenia jakości relacji, zmniejszając radykalnie poziom wzajemnego szacunku. Wielu ludzi się z tym zmaga. Dobra wiadomość jest taka, że ego wcale nie musi rządzić. Chyba, że ktoś lubi. Sposobów na wyjście z tego kołowrotka jest wiele, każdy na pewno znajdzie coś odpowiedniego dla siebie.
Dedykuję ten tekst wszystkim, którzy próbują, ale im do cholery nie wychodzi. Jak przekroczy się rubikon prób, wszystko się zmienia, opada kurtynka zmęczenia, świat jest piękniejszy.
Idźcie i nie wymuszajcie więcej!

P.S Informacja dla wielbicieli teorii, że księżyc jest sztucznym tworem, przywleczonym przez kosmitów na wielkim statku kosmicznym. 27 lipca będzie najdłuższe od stu dwudziestu lat zaćmienie. Dla tych co wierzą, może to być trampolina do radykalnych zmian. Więc może a nuż! Owocnego zaćmienia!

*Dzik to zwierzę chtoniczne. Symbolicznie związane z Artemidą. Jego kły przypominają kształtem rogal księżyca. Stąd odniesienia do żeńskiej energii i wszystkiego, co reprezentuje księżyc. Można tu również znaleźć odniesienia do nocy, ciemności, czyli nieświadomość.
Natomiast zaloty dzików tak spodobały się Druidom, że wybrali dzika na symbol płodności. Dziki to samotniki. 
Locha (mama dzik) zrobi wszystko, żeby ochronić swoje małe. Tu odniesienie do matczynej ochrony, dbałość i oddania. Jak już nie ma mamy, to można, a nawet trzeba dawać to sobie samemu. Zranione dziki zawsze atakują. Symbolicznie są więc bardzo honorowymi stworzeniami. Ryją ziemi, co wskazuje na ścisły kontakt z Gają, są więc dobrze uziemione.
Natomiast ja widzę dzika jako hedonistę, zwłaszcza, kiedy wyobrażam go sobie taplającego się w śródleśnym błocie, a jeszcze bardziej kiedy trze bokiem o sosnę. Czuć tam dużo przyjemności.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...