Przejdź do głównej zawartości

Żuk

Ja nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę
Nie chcę biec do gwiazd, niech gwiazdy biegną do mnie
Nie chcę chwytać dnia, gdy w ręku mam tygodnie
Takie miłe, takie to miłe

Ja nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę
W końcu mam swój czas, to chyba dobry moment
Nie chcę biec do gwiazd
Początek,  autor: Krzysztof Zalewski

Skarabeusz, źr. internet

Myślałam o tym, że przydałaby się nowa kapka na łóżko.
Kilka dni później idę z psem i pod garażami widzę karton z różnościami. Czyżby wszechświat odpowiedział na moje zawołanie? Podchodzę bliżej i rzeczywiście, w kartonie są jakieś stare poduszki jedna z wielbłądem i kapa. Już się cieszę. Biorę ją pod pachę. Akurat sąsiadka wracała z basenu z mokrymi włosami. Trochę się zdziwiła i wywróciła oczami. Niech sobie patrzy jak chce, ja tu właśnie przeżywam synchronizację z wszechświatem i doprawdy magiczny moment. Już w domu okazało się, że materiał z którego zrobiona była 'kapa' to nie wełna, tylko coś okropnie sztucznego. Choć ładny czerwony, po rozłożeniu okazał się brudny i raczej śmierdzący. No i nie była to kapa, którą mogłabym przykryć łóżko, tylko pojedyncza zasłona z metalowymi, zardzewiałymi kółkami. A jak ją rozłożyłam, poczułam, że wskoczył z niej tabun roztoczy. Złożyłam 'kapkę' i odniosłam na miejsce. No cóż.

Dla Junga synchronizacja była oczywistością. On akurat przeżył swoje ciemności egipskie, a jego intuicja, żeby rzucić pracę na uczelni i zanurkować w to, co go wołało, okazała się być dobra. Dzięki tym doświadczeniom stworzył całkiem spójny system, który ujmował człowieka jak część większej całości, zarówno przestrzennie jak i czasowo. Jego odkrycia zaistniały w kontekście poszerzania świadomości o to, co niewidzialne, a z perspektywy czasu widać, że są ważnym przystankiem w docierania do prawdy. Jung zwracał między innymi uwagę na to, czy rzeczy działy się w dobrym rytmie i rezonowały z tym co wokół. Na temat synchronizacji naprowadził go żuk, którego dostrzegł na parapecie okna swojego gabinetu, kiedy jedna z jego pacjentek opowiadała mu o tym jak przyśnił się jej skarabeusz.

Nie jesteśmy w Egipcie. U nas skarabeusz to żuk, co gówno zjada. Nie jest zrobiony ze złota i lapis lazuli. Można go natomiast spotkać na leśnej drodze. Występuje powszechnie i nie wielu ludzi się nim zachwyca. Bo nie jest to ani ryś, ani łoś, nie ma w sobie również majestatu jelenia.
Jednak zarówno żuk z grobu Tutanchamona jak i ten z polskiego lasu to wielki czyściciel, mistrz transformacji. Niesie ze sobą przekaz o sile, strukturze. Zawsze robi swoje, nawet jak innym to śmierdzi. Zarówno on sam jak i jego misja są więc nie do przecenienia.
Egipcjanom kulka nawozu, którą toczył, przypominała słońce źródło ruchu i życia w ogóle.
Skarabeusz symbolizował serce zmarłego. W tradycji egipskiej serce było 'domem' prawdy. Po śmierci ważone przez boginię Maat, która sprawdzała ile w nim prawdy, a ile kłamstwa.
W wielu kulturach uznawane jest za centrum mocy człowieka i źródło intuicji.

Wtedy na spacerze nie znalazłam co prawda kapy na łóżko, ale dowiedziałam się, że nie potrzebuję już żadnych kotar i zasłon.


Monika Waraxa



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...