Przejdź do głównej zawartości

Żurawie, ale nie te metalowe



We śnie przyszły do mnie trzy żurawie. Najpierw widziałam je z odległości. Zastanowiłam się szybko: czy one właśnie odlatują z Polski? Czytam, że już od mniej więcej dekady nie lecą do Afryki na zimę. Klimat złagodniał, więc po co? 

Zbliżały się do mnie stopniowo, nadlatując z prawej strony. Najpierw przycupnęły na wielkim drzewie, którego konary wiły się w nieskończoność. Potem znalazły się bliżej. Aż jeden z nich podleciał blisko, tak, żeby nie było wątpliwości, że to chodzi o mnie, że do mnie tu przyleciał. Cieszę się w duchu, bo przecież one zwykle tak nie robią. 

Żuraw usadowił się po lewej stronie. Był prawie mojej wielkości. Jego pióra były białe,
a głowa czerwona. Na wygląd był to żuraw mandżurski (Grus japonensis), który latem siedzi sobie na Syberii, a na zimę leci do Japonii, gdzie uważa się go za reprezentanta wierności, długowieczności i szczęścia. Niestety nie przemówił ludzkim głosem.
Jaki był jego przekaz dla mnie? Ewidentnie nie-słowny. Widziałam wyraźnie krzywiznę jego ptasiego korpusu, pokrytą nieskazitelnie białymi piórami. No siedzi. Nic nie mówi. Widzę jak oddycha, poza tym właściwie się nie rusza. Jego bezruch we śnie mnie uspokoił, a teraz przywołuje pustą przestrzeń, w której można: działać, siedzieć, czuć, wymyślać, robić i nie robić.

No wytrzymaj ten bezruch.
Nawet nie pamiętam na co patrzyłam, siedząc z tym Mandżurem, ale zwróciłam uwagę na zatrzymanie ruchu. Rzeczywiście w działaniu sprawdziłam się nie raz, a teraz przyszedł czas na stop. W starych Chinach taoistyczni mnisi chodzili do specjalnych ogrodów, żeby ćwiczyć się w słodkiej bezczynności, a ja trenuje to we śnie z Mandżurem.

Żuraw łączy żywioły. Pływa w powietrzu i chodzi po mokradłach, zanurzając się w wodzie emocji. Jest dostojny, nigdzie się nie spieszy. Cechuje się uważnością i skrupulatnością
w obserwacji świata. Jakby mógł mówić, powiedziałby: teraz tylko jestem.
Mości się w chwili obecnej jak w dopasowanym gnieździe. Wszędzie jest na swoim miejscu, zawsze tam gdzie chce. Wie tyle ile musi. Ma królewskie poczucie własnej wartości. Zna swoje atuty, ale też ograniczenia i wady. Wie kim jest i dlaczego się tu znalazł. Symbolizuje łagodność, spokój, dostojeństwo i powagę. Jest mistrzem momentum, czyli bezruchu uruchamianego we właściwym momencie.
Posłaniec bogów, wyobrażenie miłości macierzyńskiej, jest łącznikiem między światami, przywołuje życie wieczne i wolność. W Japonii istnieje zwyczaj obdarowywania pary młodej tysiącem żurawi origami przez któregoś z ojców. Każdy żuraw to jeden rok wspólnego, szczęśliwego życia. W średniowiecznych bestiariuszach żuraw opisany był jako alegoria tego, kto dba i chroni innych.

Z ciekawostek żurawie lecąc mają wyciągniętą szyję, a nie schowaną jak u innych ptaków. Po prostu stawiają się do życiowych wyzwań z otwartą przyłbicą, pewnie, zdecydowanie
i odważnie.

Żurawie dobierają się w pary na całe życie. Ich godowy taniec jest niezwykły. Żeby zanęcić samicę tańczą, trąbią, podrzucają w powietrze małe kamyki, piórka, wzlatują i opadają jakby spadały na spadochronie. 
Lubię ptaki...
MW, Namawiają się, 2017


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...