W Olsztynie autobusy jeżdżą rzadko, tak co 20 minut, a 107, które dojeżdża do Łupstycha, pod Olsztynem jeszcze rzadziej. Łapanie takiego autobusu jest jak planowanie podróży z Warszawy do Lublina.
![]() |
| Ffffound |
Trzeba sprawdzić, o której autobus odjeżdża, stawić się
o czasie na przystanku, lepiej wcześniej. Jeśli przyjdzie się za
późno, to wiadomo, że trzeba czekać, ale jeśli jest to akurat
niedziela, to nawet pół dnia się siedzi pod żółtą wiatką, na
skraju lasu. To znaczy ja nigdy nie siedziałam, ale mogłam, a ta
myśl mnie przerażała. Z drugiej
strony czekanie pod żółtą wiatką mogło być miłe.
Na lewo las i
aroboretum. Samego arboretum nie widziałam, ale tak się nazywa
kolejny przystanek na żądanie. Może ta specjalna grupa drzew,
wyróżniona komunikacyjnie, znajduje się gdzieś w głębi lasu,
pomiędzy poślednimi drzewami, a może jest zupełnie inaczej.
Las
jest ładny. Niezbyt stary, niezbyt młody i na tyle gęsty, że swoim
listowiem tworzy połyskującą, naprawdę intensywnie zieloną
pelerynę, która oddziela trasę na Ostródę i dalsze pagórki od
wsi Łupstych. Po prawej
stoją domy, domki i wypasione chawiry, a wszystko zatopione jest w pagórkach, trawie, krzakach bzów i
jeszcze odleglejszych krzywiznach, które nikną prawie za
horyzontem, aż ma się wrażenie, że to się ciągnie nie wiadomo
gdzie. Na prawo od domów jest jedna z odnóg jeziora Ukiel. Co
prawda jest szczelnie ukryta pod podobną, co lewa strona, peleryną
zieleni, ale powietrze nad tą częścią krajobrazu jest
zdecydowanie żwawsze, jakby zupełnie inaczej krążyło nad
spokojną, wiosenną tonią wody. Jezioro można objechać na rowerze
i wyjechać w samym centrum Olsztyna, ale kto by się tam zapuszczał.
Zwłaszcza, że droga jest piękna, zwieńczona drzewami, a linia
brzegowa urzeka, właściwie na całej trasie, nie dając ani na
chwilę odpocząć od estetycznych rarytasów, które serwuje natura.
Takie
sytuacje omijam, stąd autobus zamiast roweru i szosa zamiast drogi
szutrowej, zwłaszcza, że bez względu na to z jak wysoką cholewką
mam buty, zawsze wpadają mi do środka kamyki. Więc zatrzymywanie
się w takich warunkach co jakiś czas, żeby wydobyć te uwierające
okruszki, jest uciążliwe, a chwilami nawet irytujące. Także suchą
szosą sobie szme.
A i kierowca
autobusu potrafi zaskoczyć, o wiele bardziej niż zielone krzaki,
czy dzikie ustępy nadjeziorne. Kiedy rano, ustał już śpiew
żurawi, który tu odbija się od zielonych pagórków i tonie w
mgłach okolicznych łąk, płynnie przechodzących w grzęzawiska i
kiedy się siedzi przy zielonym autobusie, który za chwilę ruszy,
ale na razie jeszcze nie. Ma się okazję oglądać prawdziwe
misterium, moszczenia się kierowcy do kolejnego kursu: chodzi, pali
papierosa, kopie w oponę, rozmawia przez telefon. Niepokoi się, bo
samochód oddał do naprawy i nie wie, czy mu go naprawią. To, co
umila mu najbardziej moszczenie się to jest muzyka. Rave. Ile tam wspomnień i niespełnionych marzeń, które przenoszą kierowcę do lat świetności tego łubu-dubu. Był
obietnicą przeskoczenia do innego wymiaru świadomości, ale jak
wiadomo nie wszystkim się to udało, a ci którzy pozostali tu, u
nas na Ziemi, dziś słuchają po
prostu niezrozumiałego łomotu.
Widać, że
kierowca czuje się swojsko w tej leśnej zatoczce, a pasażerowie
dosiadający się kolejno do miejskiego autobusu, nie przeszkadzają
mu w delektowaniu się dźwiękami nie tyle samej muzyki, co odległej
i wyidealizowanej przeszłości, która jednak se ne wrati.
Zbliża się
godzina odjazdu, ale autobus nie przestaje falować w rytm muzyki.
Kierowca nie przycisza jej po odpaleniu silnika, zamknięciu
drzwi, ani też uruchomieniu kasowników. Po chwili jednak, decorum
sytuacji zmusza go do przyciszenia. Nadal jest głośna, a mieszając
się z odgłosami silnika, staje się jakby ciekawsza i wcale nie
irytująca (żartowałam).
Mijamy arboretum, nikt nie wsiada i nikt
nie wysiada, potem pętla na Dajtkach i przejazd zakolami Kłosowej i
innych ulic zbożowych. W autobusie jedzie już więcej pasażerów i
jednak decorum sytuacji przeważa nad chęcią kierowcy, bo poczuć
się jak w domu i wyłącza muzykę.
Jedziemy wzdłuż trasy. Po
lewej mijamy lotnisko i akurat wzbija się samolocik. Jest wrażenie
jakbyś za chwilę mieli wzbić się naszą 107. Kto wie, może
kierowca już się tak wzbijał. Przy dworcu Zachodnim dosiada się
Pani, z lekką, ale wypakowaną po brzegi torbą. Zerkam na jej
pakunek, a ona zagaja:
– Widzi pani wiozę wytłoczki do jajek z ryneczku. Nie było kobiety, od
której kupuję jajka, a zabrałam w domu te przez jakiś czas. Od
wytłoczek już na kolejnym przystanku, przechodzi do wędlin: – A
wie pani, że tego się po prostu nie da jeść. Co oni tam pakują.
Mój szwagier jadł dużo wędlin i wylądował w szpitalu. Potakuję,
dodając: – Lepiej, jak ktoś już musi zjeść mięso, kupić
sobie kawałek i upiec. – Kochana, przecież mięso też
naszpikowane antybiotykami. To po co tyle go wpieprzać, myślę.
Ma
niebieskie i duże jak starszą osobę oczy, szare od siwizny włosy
i cedzi kolejne słowa przez skorodowane zęby, szczerze mówiąc
wygląda jak Baba Jaga. – Nie wiem, wie pani do czego ten świat
zmierza. Oni chcą nas wykończyć. – Tak ma pani rację –
zachęcam staruszkę. – Wie pani – kobieta pochyla się w moim
kierunku i konfidencjonalnym tonem oznajmia: – to wszystko Szatan,
on czyha na te biedne duszyczki, a Chrystus nie po to ginął na
krzyżu, żeby tyle zła było na świecie. – Zło i dobro
istniały od zawsze w parze – dodaję. – No ale do czego to wszystko
zmierza. Chrystusowi by się to nie spodobało, to co widzi. Cała nadziej w ojcu Rydzyku! Słucham, zadziwiona nagłym przeskokiem od jajek i wędliny do spraw
wyższych oraz tym jak staruszka sprawnie zanurkowała w odmętach duchowości,
skażonej jednak religią.
Wysiadając, rzuciłam do niej: Niech moc
będzie z Chrystusem! I wyskoczyłam z autobusu na przystanek, jakbym
zostawiła za sobą garść wywrotowych, ulotek anty-systemowych. Bo jednak Chrystus i kościół to nie to samo.
![]() |
| Ffffound |
Monika Waraxa, 3.6.2019


Komentarze
Prześlij komentarz