Przejdź do głównej zawartości

Thalassus angites

Nie pamiętam, kiedy to było dokładnie, ale chyba późną wiosną 2016. Wolna sobota
– zwykle spędzałam ją w domu albo wypuszczałam się w miasto na hulajnodze, żeby poszwendać się między pekińskimi hutongami, zwłaszcza, że były plany wyburzania kolejnych, a i tak zostało już ich niewiele (chodzi o to, żeby rozproszyć alternatywny hutongowy świat i przywołać do porządku młodych Chińczyków, którzy spotykają się
w tamtejszych kawiarniach i klubach muzycznych z obcokrajowcami, zażywają narkotyki
i najpewniej się namawiają).


Dom Pedro, największy akwamaryn świata, fot. Donald E. Hurlbert

Zaplanowałyśmy z Ewą wycieczkę po oprawki, ale głównym punktem programu był Pearl Market (Hongqiao Market), który gromadził nie tyle samych poławiaczy pereł, ale tych, którzy nimi handlują. Dziś można tu kupić wszystko, ale my przyjechałyśmy po biżuty, które znajdują się na górnym piętrze. Żadna ekspedientka nie siedzi tu bezczynnie, wszystkie wiążą perły w piękne naszyjniki jak te pracowite myszki. Ewę wciągnęły ażurowe tradycyjne chińskie zawieszki, ja natomiast szukałam minerałów do oprawy, a konkretnie akwamarynów. Chińczyk miał kaboszony o asymetrycznych kształtach. O, ten będzie dobry dla ciebie – powiedziała Ewa, wskazując na kamień, który swoim kształtem przypominał migdał. Miał jasny błękitny kolor. Pęcherzyki powietrza zatopione w środku, sprawiały wrażenie, jakby to była duża kropla wody, zatrzymana na chwilę w bezruchu,
a mikropęknięcia tworzyły połyskujący na tęczowo labirynt. Sprzedawca zauważył, że się zastanawiam (za późno na udawanie, że nie jestem zainteresowana, żeby się potargować). Obracałam kamień w palcach, a on zagadywał: this isn't Swarovski, you know. Kamień był ewidentnie dla mnie. W chwili zakupu byłam przejęta i szczęśliwa, ale miało upłynąć jeszcze wiele wody w rzece Jangcy, zanim zacznę go nosić.


Pekin, w dordze z Pearl Market, 2016, fot. MW

Po przyjeździe z Chin zaniosłam go Piotrkowi (alchemikowi) do oprawy. Nie chciałam, żeby go „zamykał”, zrobił więc złotą, utulną „kołyskę”, która obejmowała kamień od dołu. Po oprawieniu migdałowy akwamaryn przeleżał kilka miesięcy w mojej biżuteryjnej kasetce. Potem długo wymyślałam na czym go zawieszę. Na „świętych” turmalinach kupionych
w Lama Temple nie wyglądał dobrze, bo były za małe, więc się zerwał. Szybko zorientowałam się, że kamień ma tu więcej do powiedzenia, niż mi się wydawało. Nosiłam go też na łańcuszku, który był za długi i za cienki, ale opleciony wokół agatów, wyglądał jako tako. No ale ciągle to nie było to. Powtarzałam sobie niecierpliwiona: jak przyjdzie czas, to wszystko się złoży w jeden naszyjnik. Po prostu muszę być bardziej wu-wei. 

Przypomniała mi się opowieść Dominiki. Jej ojciec jest malarzem i ma trochę koni pod Olsztynem. Kiedyś przyjechał na lekcję facet – ubrany w najlepsze bryczesy, toczek, jasne rękawiczki ze skóry. Natomiast Cyferka – klacz na której miał jeździć – zrobiła „białe oko”, czyli, że jej się nie spodobał. Gość wypadł z siodła przy pierwszym okrążeniu padoku, złamał rękę i tak zakończyła się jego kariera jeździecka.

Albo kiedy przygotowywałam się do egzaminów na ASP i malowałam martwą naturę łysym pędzlem, wygrzebując z dna opakowania resztki, zaschniętej plakatówki, nie mówiąc
o brystolu, który odpadał od deski. Wiedziałam, że nie ma odwrotu i trzeba zrobić swoje
w tych niedogodnych warunkach, a stryj Edzik – rzeźbiarz – dopilnował, żebym nie uciekła sprzed sztalug z płaczem. Taki sprawdzian. Potem można kupić sprzęt, lepszy pędzel, dobre farby i wyjąć akwamaryn z szuflady.

Lekcje od błękitnej fali
Akwamaryn co prawda nie wymagał ode mnie konkretnych umiejętności, za to „szlifował” mój hart ducha. Odpowiednio przygotowana mentalnie, emocjonalnie i duchowo, byłam gotowa na kontakt. Można powiedzieć, że to jest czysty zbieg okoliczności. Jednak przy odrobinie wrażliwości i empatii, wiadomo, że tu nic nie dzieje się przypadkiem. Natura rządzi się swoimi prawami, które trudno udowodnić, można je za to dobrze i dogłębnie odczuć.

Od czasu kupna upłynęło więc już dużo wody w rzece Jangcy, uporządkowałam wiele spraw, a przede wszystkim okiełznałam swój wewnętrzny ogień – tego wymagał „duch kamienia”. Jest wyjątkowym nauczycielem. Spokojnym i małomównym. To bardziej przewodnik w stylu mistrza Zen, u którego nauka polega na braku nauki. Sama jego błękitna obecność tworzy przestrzeń, w której wybrzmiewają inne jakości. Niby nie padają żadne słowa, a wiadomo, że są rzeczy do zrobienia i to konkretne.

Delikatność a nawet bezbronność, jest jego największą siłą – akwamaryny są stosunkowo kruche ( twardość w skali Mohsa 7.5-8, dla porównania diament ma 10). Strażnik prawdy. Nic nie oszukasz, nie przyspieszysz. Rzeczywiście im więcej robiłam porządku ze sobą, tym częściej wracałam do niego myślami i częściej wyobrażałam sobie, że go noszę. Wczoraj przypomniałam sobie te wszystkie "nietakie" wisiorki i pomyślałam, że może nadszedł wreszcie czas dla nas.

Siedząc w niedzielę, tyłem do słońca, które przyjemnie nagrzewało mi plecy, zbierałam wszystkie elementy układanki. Wstępnie chciałam zawiesić go na lnianym sznurku. Przeglądając pudełko z koralikami, natknęłam się na kolczyki, które kiedyś kupiłam sobie za pieniądze od babci. Koralowe koraliki – po sześć w jednym, spięte kawałkiem srebra. Nie nosiłam ich, więc postanowiłam, że ich użyję. Ciemnozielony dobrze pasuje do jasnego błękitu akwamaryny. Przypomniałam sobie o plastikowych koralikach od Oli. Aaa i mogę wykorzystać ich wkręcane zapięcie – eleganckie i profesjonalne oraz łatwe
w montażu.

Układam rząd koralików w zagłębieniu krawędzi pudełka na nici: po dwa korale po obu stronach akwamarynu i dwa mniejsze na końcu oraz po jednym na 1/3 wysokości,
a pomiędzy zielone, plastikowe paciorki. Ważny jest zarówno ilość jak i rytm. Naszyjnik jest idealny, zawiera moje trzy ulubione kolory: zieleń to ziemia, czerwień (koral) – ogień, ochrona, aspekt żeński, tworzenie, które wymaga cierpliwości, błękit – woda: ze mną jesteś w przepływie.

Maria Florkowa pisze, że akwamaryn to kamień Ery Wodnika. Uczy odwagi, doprowadzania rzeczy do końca, ale w moim przypadku chyba głównie prawdy serca. Jeśli ktoś wierzy
w elfy, trolle i leśne wróżki, to pomoże nawiązać z nimi kontakt. Otwiera na sprawy, które nie mieszczą się w głowie i wykraczają daleko poza racjonalne myślenie. Akwamaryn mówi
o całkowitej i gruntownej zmianie podejścia: to co jeszcze dziś wydaje się idiotyzmem wyssanym z palca, za kilka lat będzie mądrością, do której większość będzie odnosić się
z uznaniem.

Monika Waraxa

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 1: Olsztyn

Wyjazd na wezwanie zęba. Czekam na przystanku Odrębna. Według aplikacji autobus jest spóźniony o 5 minut. Spokojnie słucham rolki Yolandy, która jest zaklinaczką kobiecości oraz macierzyństwa. Dzięki niej uwierzyłam ostatecznie w to, że to ja tworzę swoją rzeczywistość myślami i wyobrażeniami. Podniosłam wzrok znad telefonu i wryyym 142 przejechało. Zamachałam, ale to było raczej papa. Jakie są inne możliwości dojechania na dworzec? 146 z przystanku Romantyczna. Idę boczną uliczką. Po jednej stronie działki, po drugiej centrum szkoleniowe i parking dla kamperów. Śpiewają ptaki. Mam przebitki z angielskiej countryside. Słucham Simply Red, a potem znowu ptaków. Docieram do samotnego jak wyspa przystanku zanurzonego w oceanie hałasu. Przyjeżdża 146. Wsiadam do niego z parą starszych Niemców. Kiedy hormony płciowe zmienią swoje natężenie, bywa, że kobieta zamienia się w mężczyznę, a mężczyzna w kobietę.   Wyobrażam sobie, że przyjechali kamperem do Warszawy. Zostawili swój dom na kółka...

Odcinek 4: Olsztynek

. Już w lutym obiecałam rodzicom, że odwiedzę ich groby. Tym razem miała to być wizyta symbolizująca zamknięcie kolejnego etapu życia i wejście w dorosłość na dobre. Miałam taką mini sesję z koleżanką w ramach naszego kursu coachingu i tam spotkałam się z małą Moniką, dziewczynką, którą przez wiele lat zaniedbywałam. Widzę ją jako wersję siebie z czasów, kiedy mieszkaliśmy w Janowie pod Bydgoszczą. Mam pięć lat. Blond włoski ścięte do ucha, z grzywką, lekko zmierzwione. Jestem ubrana w białą sukieneczkę w drobny wzorek. Nie pamiętam jaki? Sukienka ma pasek. Jako dziewczynka lubiłam nosić sukienki. Byłam taką małą księżniczką. Brak kontaktu z moim wewnętrznym dzieckiem łączył się z bardzo głębokim poczuciem krzywdy, zranieniem, a co za tym idzie, nadmiarowymi reakcjami na opinie innych o mnie, zwłaszcza te niesłuszne. Zaniedbane wewnętrzne dziecko sprawiało mi dużo trosk. Ruszyłyśmy z Bimcią w czwartek, z Warszawy Centralnej  pociągiem o 7:50 . Musiałam dokupić Bimci bilet, bo w apl...