![]() |
| Bimcia, RODOS, lipiec 2025 |
Po powrocie z Olsztyna wróciłam na działeczkę, która należy do Rodzinnych Ogrodów Działkowych, w skrócie RODOS. To ojcowizna Marcina. Dziadek Marcina, Zenon, był jednym z założycieli tych ogrodów.
Teraz w naszej izbie jest całkiem ciemno. To znaczy jest tak ciemno, jak ciemno może być na początku lipca, kiedy noce są prawie białe. Przez odsłonięte okno widzę ciemne sylwety drzew i rozrośniętej leszczyny. Zza nich, jak za nieregularnej kurtyny, prześwieca perłowo-szare niebo. 23:23. „Symetria godziny”, pomyślałam, odpalając laptopa. Ściemniłam ekran, żeby nie przeszkadzać śpiącej Bimci i Marcinowi. Bimcia oddycha ciężko. Śpi głęboko. To był dla niej dzień pełen wrażeń: piłowanie listwy przypodłogowej, malowanie jej, wiercenie. Dużo hałasu i zamieszania. Męskie zajęcia, którymi wypełniona była działka, zmęczyły ją dziś. Ja wykonywałam dziś kobiece zajęcia. Śmieszne są te podziały w mojej głowie. Taka chciałabym być nowoczesna, a kiedy piszę te słowa, widzę kobietę z dawnych czasów. Segregowałam i rozdrabniałam zioła, które suszyły się pod wiatą. Zioła z odzysku, z odchwaszczania działki: kilka łodyg pokrzyw wraz z korzeniami, glistnik i jedna potężna łodyga łopianu z długim, mocnym korzeniem. Najpierw poskładałam liście pokrzywy, a potem pocięłam łodygi i korzenie. Pokrzywa ma duże korzenie, które umiejscowione są płytko, tworząc coś w rodzaju sieci. Według magii sympatycznej, gdzie podobne działa na podobne, będę parzyć herbatkę z pokrzywowych korzeni, żeby się uziemiać jesienią i zimą, kiedy moje stopy nie będą już pamiętały dotyku suchej trawy i zimnego betonu przy wejściu do chatki. Buty nas rozmagnesowują. Potrzebny jest stały kontakt z Ziemią i jest to biochemiczna niezbędność.
Kiedy rozdrabniałam suchy liść łopianu, spod nożyczek wyleciał mi motyl. Trochę się przeraziłam, że mogłam go przeciąć. Poczwarka schowana była w falbance liścia.
Wczoraj był dziwny dzień: ciężka atmosfera sprzęgła się z impasem. Emocje podlegały flaucie. Frustracja, zamrożenie przed obiadem. To takie przesadne zachowanie. Trudne do zrozumienia, trochę przytłaczające. Trudność, która wykluwała się z tej niby radosnej niedzieli. Wszystko mamy tu fajnie: kotek, piesek, ale kiedy przychodzi ten smutek, to wszystko się zatrzymuje. Przyglądam się temu. Można się tego nauczyć. Modlę się za dziadka. Nie znam jego imienia. Może jest w czyśćcu za to, co zrobił? Po południu położyłam się, już zupełnie osłabiona smutkiem. Zatęskniłam za tatą. Zaczęłam płakać. Przypływały wspomnienia o nim, o naszych fajnych chwilach: o jeżdżeniu Jawą do Zielonowa, o niekończących się rozmowach telefonicznych z omawianiem dziwnych haseł z krzyżówki. Takie bycie i marnowanie wspólnego czasu, jakby on się miał nigdy nie skończyć. Wyszłam na deszcz. Bose stopy na ciepłej ziemi. Jestem jak roślinka, która cieszy się z deszczu. Przypomniała mi się wędrówka z tatą przez las w deszczu. Tata niósł mnie na barana, a ja śpiewałam wymyśloną na poczekaniu pioseneczkę o deszczyku. Przytuliłam się do czereśni, a potem do brzozy. Zrobiło mi się lżej. Na niebie pojawiła się tęcza. Zawołałam Marcina. Staliśmy objęci, patrząc na podwójną tęczę. Obok nas, na wyschniętej mirabelce, usiadł kopciuszek. Gadał. „To tata”. „Mówiłaś, że tata to dzięcioł”. „Tak, on się wciela w różne ptaki”. Kopciuszek siedział i patrzył na nas. Śpiewał i doglądał.

Komentarze
Prześlij komentarz