Już w lutym obiecałam rodzicom, że odwiedzę ich groby. Tym razem miała to być wizyta symbolizująca zamknięcie kolejnego etapu życia i wejście w dorosłość na dobre. Miałam taką mini sesję z koleżanką w ramach naszego kursu coachingu i tam spotkałam się z małą Moniką, dziewczynką, którą przez wiele lat zaniedbywałam. Widzę ją jako wersję siebie z czasów, kiedy mieszkaliśmy w Janowie pod Bydgoszczą. Mam pięć lat. Blond włoski ścięte do ucha, z grzywką, lekko zmierzwione. Jestem ubrana w białą sukieneczkę w drobny wzorek. Nie pamiętam jaki? Sukienka ma pasek. Jako dziewczynka lubiłam nosić sukienki. Byłam taką małą księżniczką. Brak kontaktu z moim wewnętrznym dzieckiem łączył się z bardzo głębokim poczuciem krzywdy, zranieniem, a co za tym idzie, nadmiarowymi reakcjami na opinie innych o mnie, zwłaszcza te niesłuszne. Zaniedbane wewnętrzne dziecko sprawiało mi dużo trosk.
Ruszyłyśmy z Bimcią w czwartek, z Warszawy Centralnej pociągiem o 7:50. Musiałam dokupić Bimci bilet, bo w aplikacji się nie dało. Przyjechałyśmy na dworzec wcześniej i stanęłyśmy w kolejce do kasy. Poczułam się jak za dawnych lat. Kolejka nie była długa, ale w większości składała się z przezornych pasażerów, którzy kupowali bilet na za dwa tygodnie. Miało się wrażenie, jakby nie jechali do Wrocławia czy Gdyni, ale planowali podróż dookoła świata lub na Marsa. Po tym, jak Bimcia dostała swój bilet, poszłyśmy po kawę do Mac'a. Pani zwróciła mi uwagę, że tu nie można z pieskami.
– O, jaka szkoda!
– Dobrze, niech już pani kupi kawę, w drodze wyjątku.
Podróż pociągiem była spokojna. Wszystkie miejsca były zajęte. Bimcia umościła się grzecznie pod siedzeniem. Obok nas siedziała młoda dziewczyna, której spodobała się Bimcia. Jej plecak stał na stoliku, miała go więc przed nosem. Zaczęłyśmy rozmawiać. W specyficzny sposób wymawiała „r”. Miała romską urodę.
– Jaki ładny jest ten piesek! Jest taki ładny, że mógłby zarabiać na swojej ładności. Nawet już tu w pociągu.
Po przyjeździe do Olsztynka pojechałyśmy do Justyny, mojej siostry stryjecznej, odstawić Bimcię. Po drodze pojechałyśmy odebrać wianuszki z suszek: dla taty – taki bardziej jesienny, rudawy, dożynkowy, a dla mamy – z delikatnych traw z motywami lila. Następnie kupiłyśmy znicze i od razu pojechałyśmy na cmentarz. Pogoda była ładna, choć wietrzna. Na cmentarzu wzięłam od Justyny narzędzia i rzeczy do czyszczenia nagrobków.
– Weź też konewkę, dobrze się nią spłukuje, powiedziała.
– Chciałabym iść do mamy sama, ok?
– Jasne.
Justyna została przy grobie swojego taty, a ja poszłam do mamy. Zaczęłam krzątać się przy jej grobie: wyjęłam wypalone wkłady ze szklanych zniczy i zdjęłam wiązankę ze sztucznych kwiatów. Była na grobie na tyle długo, że wypłowiała. Czas ją wyrzucić. Namoczyłam grób wodą i przetarłam jego powierzchnię szorstką gąbką. Potem nałożyłam na nią różową pastę – podobnej używałam kiedyś do szorowania garnków i zlewu. Zaczęłam szorować pomnik: płytę, która przykrywała grób, krzyż, tablicę z imieniem i nazwiskiem. Kiedy szorowałam bok grobu, „usłyszałam” mamę.
– Zawsze lubiłaś sprzątać.
Wzruszyłam się. Rzeczywiście, jako dziecko byłam bardzo porządnicka, a mamie nie przeszkadzały niepozmywane naczynia. Była zmęczona pracą, gotowaniem obiadu, oporządzaniem nas, działki, ogrodu, więc naczynia mogły sobie postać nieumyte. Mama wolała w tym czasie rozwiązywać krzyżówki albo wyszywać. W zależności od pory roku, latem siedziała przed domem z kubkiem mocnej, czarnej herbaty lub kawy, papierosami i wyszywała serwetki haftem richelieu, haftem krzyżykowym albo robiła na drutach kolejny sweter. Szło jej to naprawdę szybko. Zimą lubiła siedzieć w kuchni i rozwiązywać krzyżówki, obłożona encyklopedią, słownikiem wyrazów obcych i atlasem. Miała swój świat. To były dla niej krótkie chwile wytchnienia od niezliczonych obowiązków. Była bardzo pracowita. Nigdy się nie skarżyła. Znosiła różne niedogodności w milczeniu. Nie lubiła zwracać na siebie uwagi. Myślę, że bardzo przez to cierpiała. Może dlatego tak szybko umarła? Miała tylko pięćdziesiąt lat.
Czułam, że teraz mama jest ze mną. Nagle do mojego serca napłynęła fala wzruszenia. Łzy ciekły na pomnik, rozcieńczając ślady różowej pasty. „Mamo, ja nic nie wiedziałam. Nie wiedziałam, że tak cierpisz. Nic nie wiedziałam”. Zanosiłam się z żalu, z tęsknoty, z bezsilności. Wielu rzeczy dowiedziałam się o niej stosunkowo niedawno od jej czterech sióstr. Jej historia jest zaskakująca i trudna. Dziś wiem, dlaczego zachowywała się tak, a nie inaczej. Historię mamy zaczęłam poznawać, pracując nad doktoratem, po ponad dwudziestu pięciu latach od jej śmierci, odtwarzałam swoją linię żeńską poprzez cykl obrazów. Malowałam portrety ważnych dla siebie kobiet–twórczyń. Powstały też dwa portrety mamy. Pierwszy, „Sowa-mama”, namalowany jeszcze w 2021 roku, przedstawia mamę w wersji nokturnowej, na ciemnym tle, w obramowaniu mandorli. Na obrazie pojawia się motyw pajęczej sieci. Matka, materię tka jak pajęczyca. Mama na tym obrazie jest smutna, jej zatopiony nie wiadomo gdzie wzrok, jest nieobecny.
To był początek naszej drogi po ponadzmysłowej krainie i naszego połączenia: mojej intuicji z jej śladem energetycznym, chmurą informacji o jej życiu, wpisaną w pole Ziemi. Ten przekaz można odczytywać tylko z poziomu serca. Czasem informacje spływają w postaci nagłych uświadomień, snów, a czasem energia prowadzi do kolejnych osób, które odsłaniają dalsze fragmenty historii. Tak było też z nami.
Mama nie żyje już od trzydziestu lat. Bardzo długo istniała na najdalszej orbicie mojego wszechświata, w czeluściach niebytu, w czyśćcu. Miałam jej wiele rzeczy do zarzucenia. Byłam na nią zła. Po pierwsze, za to, że tak szybko odeszła, a po drugie, za to, że była złą matką. Tak mi się przynajmniej jeszcze do niedawna wydawało. Nie umiałam się pogodzić z jej śmiercią, która zatrzasnęła moje serce na wiele lat. Byłam zamrożona i było mi z tym dobrze. Skończyłam ASP, robiłam wystawy, miałam swoje życie trochę na uboczu rodziny. Nie cierpiałam zbytnio. Czułam tylko taki dziwny ból. Był odległy i jednocześnie głęboki, prawie niewyczuwalny, a jednak istniał we mnie. Tęsknota za mamą była wielka, ale jeszcze większa była moja zadra w sercu: że mnie zostawiła, że była nieobecna, że się nie rozumiałyśmy, że się kłóciłyśmy, że się do mnie często nie odzywała. Coś się zmieniło po śmierci taty. To puste pole po rodzicach dało mi przestrzeń do samodzielnego rozpoznania topografii rodziny i wejścia w dorosłość. Zaczęłam wołać mamę.
Niedługo będzie obrona mojego doktoratu. Okazało się, że moja praca artystyczno-badawcza była tak naprawdę wyprawą w poszukiwaniu mamy, jej energii, jej śladów. Można więc powiedzieć, że była to wyprawa niemożliwa. Jak można spotkać się z kimś, kto nie żyje od tylu lat? A jednak intencja, którą miałam w sercu, prowadziła.
Odnowiłam relacje z czterema siostrami mamy. Spotkania z nimi były pełne emocji. Popłynęła miłość i informacje o mamie, o tacie. Najbardziej niesamowite było odczucie, że mama była bardzo kochana przez wszystkich, że była dobrym człowiekiem. Najbardziej wzruszyło mnie to, kiedy Zbyszek, mój brat cioteczny, powiedział na mój widok: „czysta Krysia”. Czułam wtedy, jakby mama ożyła. Ona przez cały czas była przy mnie: w czasie spotkań z ciocią Jadwigą, z ciocią Władką, z ciocią Dzitką i z najstarszą, ciocią Teresą. Stopniowo odkrywałam jej historię oraz najgłębiej skrywane tajemnice z jej przeszłości.
Czuję, że podróż do mamy była też podróżą do mojego serca. Nie wiem, czy miałabym taką motywację, żeby iść tam, gdzie boli, robić rzeczy, których większość nie rozumiała, narażać się na gniew, krytyczne oceny, gdybym miała, robić to dla siebie. Kochając mamę, ruszyłam w tę podróż dla niej, a odnalazłam siebie. Drugi jej portret, „Mama wśród gwiazd”, jest o wiele bardziej optymistyczny. Mama „mówi” z niego do mnie:
– Córeczko, jestem już w dobrym miejscu.
Tymczasem pięknie wypucowałam jej pomnik. Polewając go wodą z konewki, czułam, że dokonuje się rytuał. Coś się domknęło, coś się oczyściło. Woda zmyła moje łzy i trud mamy. Na wytartym do sucha grobie położyłam wianuszek z suszek, a w środek wstawiłam znicz. Pomodliłam się. Potem poszłam do taty. Tata leży z dziadkiem. Umyłam ich grób. Tym razem towarzyszyła mi Justyna. Rozmawiałyśmy o tym, że trzeba wymienić ławeczkę, która stoi przy grobie. Zapaliłyśmy znicze i pojechałyśmy na stary cmentarz, do pradziadków oraz cioci Alberty.
Po południu wybrałyśmy się na drugi brzeg jeziora w Ameryce i nad rzekę Pasłękę. Były z nami trzy psy: Ama, Rudy i Bimcia. Wspaniale było patrzeć na ich radość. Kiedy weszłam do rzeki, poczułam, że po spotkaniu z rodzicami i symbolicznym zamknięciu pewnych tematów, wróciłam do życia, wróciłam do jego nurtu. Było to lekkie i ekscytujące, trochę gilgoczące. Stałam przy spiętrzonych kamieniach, które tworzyły mini wodospad. Kładłam dłonie w płynącej wodzie. Justyna już dawno poszła, a ja tak stałam i stałam, kiedy z daleka zobaczyłam coś czarnego. Wyobraziłam sobie, że na środku brzozy siedzi mały niedźwiadek. Niedźwiadek w warmińskim lesie? A to ci dopiero. Osuszyłam stopy skarpetą, założyłam buty i ruszyłam w stronę „niedźwiadka.” Okazało się, że jest to huba powszechnie znana pod nazwą chaga. To błyskoporek podkorowy, grzyb w czarnym kolorze, który tworzy charakterystyczne przerosty na brzozie. Wdrapałam się na stromy pagórek, z którego wyrastało drzewo. Poczułam, że chaga ma dla mnie jakąś wiadomość. Wpatrywałam się w czarną otchłań huby. Poczułam, że mam sobie odkruszyć trochę. Zaczęłam odłupywać małe kawałeczki do torby, którą miałam ze sobą. Zawsze, kiedy jakaś roślina zwraca moją uwagę, czuję, jakby to duch rośliny do mnie mówił. Zwykle zbieram zioła intuicyjnie, a potem sprawdzam, jak działają. Zawsze odpowiadają na potrzeby mojego ciała ze stuprocentową trafnością. Lubię to podążanie za intuicją, kiedy umysł nie ma aż tyle do powiedzenia.
Następnego dnia spotkałam się z Renatą. Nie widziałyśmy się kilka lat. Renata była z tatą przez dwadzieścia trzy lata, aż do jego śmierci. Ma osiemdziesiąt siedem lat. Do Olsztynka przyjeżdża co roku w lipcu. W tym roku też przyjechała sama, busikiem z Westfalii, gdzie mieszka. W latach osiemdziesiątych, kiedy nadarzyła się okazja, wyjechała z Polski. Mieszkała w Barczewie. Dużo mi opowiadała o tym, co przeżyła po wyzwoleniu, o tym, jak trafiła do polskiego obozu na Pomorzu, jak cierpieli głód. Wychowywała ją mama, bo jej ojciec został we Francji.
Wieczorem spotkałam się z Elą i Moniką, koleżankami z podstawówki. Poszłyśmy do baru Escobar na pizzę. Spotykam się tam z dziewczynami raz do roku i wtedy wylewa się z nas kolejna porcja wspomnień. Dziewczyny pamiętają więcej niż ja. Po śmierci mamy dużo wspomnień mi się zatarło.
W sobotę trafiłyśmy z Justyną do lasu pod Jemiołowem. Przez cały czas siąpił deszcz. Grzybów było mało. Pojedyncze kurki świeciły spod ciemnozielonego mchu. Było też trochę jagód i poziomek. Zamiast zbierać poziomki do pudełeczka, zjadałam je. Skąd ja wiem, co będę robiła potem?
– Wiesz, Justyna, z czym kojarzą mi się poziomki?
– Wiadomo, z krasnoludkami.
– Ale czy one właściwie lubią poziomki?
– Chyba tak.
Justyna opowiedziała mi, że w jej czasach w każdej książce dla dzieci występował krasnoludek. Teraz jest ich jakby mniej? W trakcie spaceru przez las nasączony deszczem, przemoczyłam buty, wdychałam las sercem, a Justyna prowadziła mnie do swoich kolejnych odkryć. Marian, jej tata, a mój stryjek, uwielbiał łazić po lesie i tropić w nim ślady po siedliskach i innych nietypowych miejscach. Zbierał informacje, był takim detektywem Rutkowskim warmińskich lasów. Justyna ma to trochę po nim. Jej zaangażowanie w odnajdywanie śladów życia ludzkiego w lasach jest niesamowite.
Po spacerze zatrzymałyśmy się na kawę u jej córki, która mieszka niedaleko. Wróciłyśmy do domu na obiad. Iga Świątek wygrała z Amerykanką. W jej grze była mocna energia i determinacja do zwyciężania. To dla mnie była dobra wróżba na przyszłość.
W niedzielę rano ruszyłyśmy do Olsztyna na spotkanie z siostrą mojego taty, ciocią Tereską, i wujkiem Alkiem. Kupiłam mu kawę. Okazało się, że lepsza byłaby w ziarnach. Lubię z nimi rozmawiać i spędzać czas. Ciocia zawsze coś ugotuje. Wujek robi kawę i się przysłuchuje. Kiedy ciocia chce mi zdradzić jakąś tajemnicę, wysyła wujka do kuchni po coś.
Wujek i ciocia swoje w życiu przeszli. Wujek jest obustronnym amputantem. Nie wiem, skąd mam to określenie? Nie pamiętam momentu, kiedy zobaczyłam wujka po raz pierwszy w życiu i czy zdziwiłam się, że nie miał obu dłoni? Dla mnie było to normalne właściwie od zawsze. Kiedyś, jechaliśmy do Dobrego Miasta ich białym trabantem i zabraliśmy na stopa jakiegoś ziomka. Bardzo się ucieszył, że go podwieziemy, ale przeraził się, jak tylko zobaczył kikutki wujka na kole kierownicy, a w jego oczach pojawiło się przerażenie, pt.: „Boże, za chwilę wszyscy zginiemy”. Albo kiedy mój były chłopak witał się z wujkiem po raz pierwszy i nie wiedział, co ma zrobić z ręką? Uścisnąć kikutek? Nie wiadomo? Wujek mimo braku dłoni jest w sprawach domowych sprawniejszy niż przeciętny polski mężczyzna, zwłaszcza z tamtego pokolenia. I to robi wrażenie. Kiedyś wujek powiedział mi, że wypadek, któremu uległ (bawił się jako nastolatek niewypałami), nauczył go pokory. Mówił, że przed wypadkiem był zupełnie inny.
Ciocia i wujek mają swoje sprawy i nie wiszą na swoich synach. Oglądają razem filmy do późna, namawiają się, dzielą obowiązkami, kiedy któreś choruje – częściej wujek – ciocia jest prawdziwie zatroskana. Ich miłość jest faktem. Może wzmocniła ją walka z przeciwnościami losu? To jest jedna z niewielu szczęśliwych par, które znam. Bratnie dusze. Tak ich widzę.
Intensywne spotkania rodzinne zakończyły się podróżą pociągiem z Olsztyna do Warszawy. W domu czekał na mnie porządek i umyta kuchenka.

Uwielbiam Twoje teksty. Szczera do bólu relacja matka - córka. Opis nasze spotkania 100/10.
OdpowiedzUsuńTulam.♥️
Dzięki Justyna! <3
Usuń