Przejdź do głównej zawartości

Odcinek 5: koc, baran i księżyc



U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni.

Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życia, a było to jeszcze w poprzednim tysiącleciu.


Zaczęła się jesień, więc raczej niż o podróżach wolę mówić o siedzeniu, o byciu, o trwaniu – żadnych ekscytujących przygód. Nic ciekawego tu się nie wydarzy. Będzie to po prostu opis otoczenia, w większości nieożywionego, poza kotem, oczywiście. Trzeci „baran” w moim otoczeniu to brązowy koc, którym jestem przykryta. To właśnie ten koc lubi Broneczek. Jest to koc, pod którym po wylewie leżał mój tata. Oj, to może wyrzucić, bo to po chorobie?

Ubrana jestem w czwartego „barana” – białą kamizelkę z owczej wełny, która nie dodaje mi seksapilu, ale jest za to ciepła. „Baza” podpowiada: Moniu, żaden „baran” na świecie, a nawet całe ich stado, nie odbierze ci twojego seksapilu. Dzięki, Boże!


Bronek wcisnął się w róg wersalki i leży pod prawą ręką. Pisząc, dociskam go prawym przedramieniem. Jest on moją energetyczną, prawą ręką. Bronek, jak to kot, widzi energię oraz bardzo dobrze ją czuje. Niestety, nie mamy na to z Bronkiem dowodów. Czuję pod ręką jego ciepłe, miękkie ciało. Jak to powiedziała ostatnio Monika: „trochę jednak za grube”. Ma miękkie futerko, skórę, a pod nią kości, a między nimi w takt ruchów mojej ręki kołysze się miękkość jego narządów wewnętrznych. Jest nam swojsko i wygodnie. Wydawało mi się, że nie powinno go tu być, bo jest mało miejsca, a jednak jest i jest fajnie.

Moje życie jest naprawdę wspaniałe, bo mogę jednocześnie robić dwie rzeczy, które kocham: pisać i dotykać Bronka. A może on mi to wszystko dyktuje: „teraz napisz, że jest ci ciepło w łokieć i że kocyk jest mięciutki”, miau.


Jesienny poranek jest jeszcze wspanialszy z kotem, z myślą w tle, że zaraz trzeba wyjść z Bimcią. Co wcale nie jest niemiłe. Raczej tworzy to ciekawy kontrast pomiędzy ciepłą kuchnią, leżeniem pod kocem a wyjściem na zewnątrz i byciem w parku. Tu ciepło, a tam chłodniej i może jacyś dziwni właściciele psów. Psy nigdy nie są dziwne, to ludzie je udziwniają. Antropomorfizowanie psa jest dowodem naszego wyobrażenia, że panujemy nad królestwem zwierząt. I na przykład: „no teraz się musisz bawić, kiedy już idziemy, wychodzimy z parku”. No, zupełnie jak dziecko. „Ty się baw, a ja wychodzę, jak sobie chcesz”. One są takie melancholijne rano, nie chce im się biegać. Nic dziwnego, przecież nie wypiły kawy, to dlatego są ospałe. Dać im kawy, przynieść do parku w termosie albo chociaż małe espresso przed wyjściem, albo kopiko do posmoktania. Ale nie, nie można psom kopiko, bo to cukier. Pies nie może cukru. A jak Bimcia szczeka, to trzeba pieska wziąć na rączki, uratować przed szczekaniem. Bo pies sobie z psem nie poradzi. Człowiek musi pomóc. Nasz egocentryzm jest trochę zabawny i bardzo ciekawy do obserwacji.


Bronek już podyktował, to przeszedł na inną część koca. Ostatnio jeden stand-uper mówił, że nie lubi górnego światła, tylko dużo bocznych, i ja mam tak samo, ale kiedy wyjdę z Bimcią, zgaszę lampkę, która stoi na szafce przy zlewie. Ta moja kuchnia trochę przypomina pokój dzienny lub gościnny. W dzisiejszych czasach wszystko się zaciera, nawet przeznaczenie pomieszczeń w domu. Wszystko jest płynne, przejściowe. Co może być przerażające, zwłaszcza dla kogoś, kto lubi, jak kuchnia jest kuchnią, a pokój pokojem.


Dziś pełnia w Baranie. Ostatnio rezonans Schumanna nas nie rozpieszczał (w sobotę spałam trzy godziny w ciągu dnia). W niedzielę sprawdziłam rezonans i proszę: wszystko na biało. Słońce w ostatnim czasie mocno pluło plazmą, a my to dziś odczuwamy. Cieszy to tylko łapaczy zorzy. To znaczy, ja odczuwam aktywność słońca, a wy może nie. Może niektórzy nie mają połączenia z ciałami niebieskimi, z księżycem, z gwiazdami, z planetami. W końcu one są tak daleko. Jak mogą więc wpływać na nas tu, na ziemi? To przecież tylko człowiek na wszystko wpływa, a głównie na psa i to często nie swojego.a

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...