W zeszły piątek, wracając do domu, spotkałam jamniczka na trzech nóżkach. Wyprzedził mnie na Nowym Świecie, na wysokości Baru Piotruś, a potem drugi raz na przejściu przy Muzeum Narodowym. Nie miał protezki, ale świetnie balansował swoim trzynożnym ciałem, co było nie lada wyczynem, zważywszy na jego długość. W mijanych przechodniach wzbudzał radość. Uśmiechali się na jego widok. Widać, że mu kibicowali. Potem w Parku Znicza na Grochowie widziałam puchatego kundelka, też trzynożnego. Z tym że ten miał protezkę.
Pomyślałam o pewnej rytmizacji rzeczywistości i tym, jak te „przypadkowe” wydarzenia stały się refrenem mojego piątku.
Potem zabrałam się za pieczenie chleba. Mam dobrą mąkę. Jest, co prawda, biała. No i co z tego?! Nie dajmy się zwariować glutenowi. Miałam w lodówce zaczyn chlebowy. Aktywowałam go, dodając świeżej mąki żytniej i dolewając do niego ciepłej wody z odrobiną cukru. Ruszył się żwawo. Patrząc, jak bąbelkuje, wyobrażałam sobie chrupiący chlebek, który wyrośnie na tym wspaniałym, żywotnym zaczynie.
Postanowiłam, że upiekę chlebek na modłę znanych influencerek z Instagrama. Ich metoda pieczenia chleba polega na tym, że wyrośnięte ciasto wkłada się w papierze do pieczenia do garnka i piecze chleb pod przykryciem. Garnek stanowi więc minipiekarniczek. Nie żebym nie wiedziała, jak się piecze chleb, bo wypiekam chleb od dawna, ale tym razem chciałam spróbować czegoś innego. Szukałam nowości.
Dodałam zaczyn do kilograma mąki. Wyrobiłam. Po godzinie powtórzyłam tę czynność. Chlebek ładnie wyrósł. Postanowiłam, że upiekę go w ładnym, emaliowanym garnku, z tym że nie miałam papieru do pieczenia. Wysmarowałam garnek oliwą, obsypałam mąką. Włożyłam piękniusi, miękki, pachnący ciastuś do garnka, nacięłam go ostrzem nożyka do papieru trzykrotnie. Przykryłam pokrywką. Wstawiłam do pieca i niech się piecze.
Po godzinie zaczął ładnie pachnieć. Wyobrażałam sobie, jak tam pod tą pokrywką rośnie, wręcz buzuje. Po godzinie i trzydziestu minutach postanowiłam sprawdzić, czy już jest gotowy. Garnek wydał się nazbyt ciężki. Po zdjęciu pokrywki okazało się, że chlebek właściwie nie wyrósł. Czyżby zakalec? Wszystko na to wskazywało: jego ciężar oraz konsystencja, która przejawiła się pod dotknięciem palca wskazującego. Jak to możliwe, że z tego przepisu na sukces, który podbił szturmem lifestylową część Internetu, wyszedł twardy jak glina chleb? Może garnek był nie ten? Albo temperatura za niska? A może tylko mi się wydaje? Może chlebek w środku jest pulchny. Pachniał w każdym razie ślicznie. Następnego dnia rano – i to była pierwsza rzecz po przebudzeniu – przekroiłam bochenek na pół. I jednak zakalec. Klasyczny, jak z żurnala zakalców, zakalec.
Cóż… Postanowiłam podzielić chleb na ćwiartki. Dwie z nich pocięte na kromki od razu zamroziłam, pozostałe zostały przeznaczone do zjedzenia na bieżąco. Cała nadzieja w Marcinie! Rozparcelowanie chlebka, rozdysponowanie jego nieudanej wersji, miało rozproszyć moją porażkę i sprawić, że zje się go bez presji, ale jednak trzeba go zjeść. Wyrzucić bym go nie wyrzuciła. Szkoda gołębi. Będę go grzankować na patelni i zjem z powidłami bez dodatku cukru, usmażonymi w sierpniu.
A w Dzień Niepodległości poszliśmy z Marcinem na film „Bugonia”. Odbiór filmu był trudny z powodu ludzi jedzących popcorn, a było ich wielu. W czasie trwania seansu okazało się, że ich bezmyślne i wszechogarniające przeżuwanie zgrywa się dobrze z ideą filmu. Po raz kolejny w mojej głowie przewinęło się to samo pytanie, które ukonstytuowały trzynożne pieski: czym jest rzeczywistość? Zapytałam również samą siebie: jak ona powstaje i kto ją tworzy? Film Lanthimosa jest zaskakujący, jak zwykle. On jest o kroczek przed wszystkimi. Wyprzedza to, co mieli się aktualnie w mainstreamie. Lubię myśleć, że on jest prawdziwym artystą, wizjonerem. Czuć, że robi to, co kocha, realizuje swoje zajawki, a co ważniejsze, te zajawki odnoszą się do ważnych pytań egzystencjalnych i kondycji człowieka współczesnego. Zastanawiam się, czy on go lubi? Czuję, że jest on wobec niego dosyć krytyczny i nie ocenia jego kondycji najwyżej. Jest też trochę złośliwy i przenikliwy w swoich obserwacjach. Można powiedzieć, że widzi człowieka współczesnego na wylot.
Film pokazuje człowieka w szerszym kontekście, powiedziałabym galaktycznym, ale nie mogę mówić za dużo, żeby nie zdradzać zakończenia. Powiem tylko tyle: film jest intensywny na maksa. Chwilami stanowił on wyzwanie dla moich zmysłów (sceny przemocy, zamykałam wtedy oczy). Jednak są one potrzebne i mają swój sens.
Dawno żaden film mnie tak nie wciągnął. A zakończenie było catharsis i zaskoczeniem jednocześnie. Tak się ucieszyłam na koniec. Nie wiem, skąd wzięła się ta euforia? Chyba z zaskoczenia, z nieszablonowego myślenia, z polotu Lanthimosa. Idźcie na ten film. Możecie się jednak rozczarować, jeśli nie zadajecie sobie pytań o to, czym jest rzeczywistość i kto ją tworzy. Rozczarujecie się też, jeśli myślicie, że człowiek jest najdoskonalszą formą zmaterializowanego ducha albo, że natura się przejmie, jeśli wyginiemy.
Pozostawałam w czujności również na napisach. A śwince, która chrumkała popcorn przez cały film, a na koniec świeciła telefonem, bo może szukała jeszcze popcornu pod siedzeniem, żeby go schrupać, powiedziałam, że przeszkadza mi i ja jeszcze oglądam. Tak, wiem, jestem oceniająca. Czasem trzeba. Natomiast „Bugonii” wystawiam piątkę z serduszkiem.
Fot. Emma Stone i Yorgos Lanthimos, ekathimerini.com

Komentarze
Prześlij komentarz