Przejdź do głównej zawartości

Odcinek 10: nadejście czegoś nowego



Zaczęłam się krzątać: wyjęłam pranie z pralki, wyczyściłam zlew popiołem z drewna, z ognisk palonych nad jeziorem Pluszne. Czułam, że jest to rodzaj inicjacji, rytuału. W czasie czyszczenia zlewu przyszło do mnie słowo „usher”, a właściwie cały zwrot „usher in”. Ciekawe, że moje wyższe ja komunikuje się ze mną po angielsku? Może po to, by ominąć umysł? Nie wiadomo. Sprawdziłam: „usher” to odźwierny, bileter, mistrz ceremonii; „usher in” – zapoczątkować, zainicjować.
Pierwsze skojarzenie: pan Włodzimierz – egzaminator, z którym zdawałam swój pierwszy egzamin na prawo jazdy i oblałam. Co wtedy czułam? Że jest nieludzko nieprzejednany, że mnie nie puszcza. Tuż po egzaminie przeżyłam symboliczną śmierć starej Moniki i jednocześnie szok smutku po tej śmierci. Z perspektywy kilku tygodni widzę siebie jako kogoś, kto nie miał zbyt dużo pokory – myślałam, że to głupi egzamin, głupie zasady, wręcz śmieszne i niepotrzebne szczegóły. Z drugiej strony czułam, że nie wiem, po co to robię. Chciałam po prostu zdać, żeby jak najszybciej opuścić tę maskaradę, a pan Włodzimierz symbolicznie powiedział na to: „Hola, hola, moja panno”.

Po oblanym egzaminie od razu zapisałam się na kolejny i czułam, że jazdy doszkalające muszą się odbyć na Bródnie, na trasach egzaminacyjnych. Nowy instruktor, pan Przemek, zastąpił pana Adama, u którego uczyłam się jeździć.
Na pierwszą jazdę sromotnie się spóźniłam: lał deszcz, autobus nie przyjechał, a jak przyjechał, to ja już czekałam po drugiej stronie ulicy na inny. Dojazd na Bródno z Wawra zajmuje ponad godzinę. Wsiadłam w 146, żeby dojechać do stacji Metro Stadion. Straszny korek na Wale Miedzeszyńskim. Już wiem, że spóźnię się nie pięć minut, nie dziesięć, nie piętnaście. Przecież ja się nie spóźniam, do cholery! Autobus jedzie, a właściwie się toczy, a ja obliczam w głowie, ile się spóźnię. Po co ja to robię, po co się doszkalam? To nie ma sensu. Strata części lekcji równa się strata pieniędzy, bo lekcje nie są tanie. Marnacja.
„O co wam chodzi?”, dopytuję Bazy. Przecież wstałam o piątej, wszystko przygotowałam jak należy, zjadłam, wyszłam przed czasem na przystanek jak wzorowa uczennica, a wy mnie w korek wsadzacie jak jakiegoś gnuśnego nicponia?
Jestem w piekle. Punkt dziewiąta, a ja nawet nie dojechałam do Saskiej Kępy. Piszę do pana Przemka, że się spóźnię. Wspaniałe pierwsze wrażenie. Ostatecznie spóźniłam się pół godziny. 

Lekcja odbywała się w siąpiącym deszczu. Przez większość czasu myślałam, że ucieknę. Natomiast jakaś część mnie wiedziała i czuła, że to jest potrzebne, wyrażałam więc resztkami woli wdzięczność za to doświadczenie. Pan Przemek zwrócił mi uwagę, że nie upewniam się, czy mogę ruszyć, i opowiedział o sposobie, który zna od swojej kursantki: przed ruszeniem, tak jak w kościele przy „przekażcie sobie znak pokoju”, rozglądam się w lewo, rozglądam się w prawo. Rozbawiło mnie to porównanie i od razu je zapamiętałam.
Mój nowy instruktor zaproponował dodatkową lekcję. Ma akurat czas w piątek rano. Poczułam, że chcę skorzystać z jego oferty, bo jeśli pojeżdżę, to będę miała wewnętrzne poczucie, że umiem wykonać wszystkie manewry jak należy, a to jest dla mnie podstawa do tego, żeby zdać. Po prostu sama sobie nie umiem ściemnić. Pan Przemek na koniec lekcji powiedział: „Ty zdasz ten egzamin”. Taaaa, akurat. Trochę mnie to rozśmieszyło, ale też poczułam, co w głębi serca myślę o moich możliwościach.

W piątek ruszyłam na Bródno pół godziny wcześniej i miałam sporo czasu, żeby sobie pochodzić. Poszłam do kościoła, który był zamknięty. Pod kościołem siedział mężczyzna. Poprosił mnie o wsparcie. Dałam mu pięć złotych. Powiedział, że się odwdzięczy. Odpowiedziałam, że dobrze i żeby się za mnie pomodlił, bo mam na imię Monika. A on na to: „Monika, Monika zawsze znika”. „A pan jak ma na imię?” – „Leszek”. „To ja też się będę modliła za pana”. Po spotkaniu z nim miałam jeszcze trochę czasu, poszłam więc na stację metra, żeby się wysikać. Schodząc po schodach, zalała mnie fala wzruszenia.
Lekcja była bardzo owocna. Obnażyła moje niedostatki. Poszło na pana Adama. Może już dajmy mu spokój, nie ma co. Było, minęło. Pan Adam mało jeździł ze mną po trasach egzaminacyjnych. Co prawda jeździliśmy na Bródno, ale nie tam, gdzie egzaminatorzy. Ta świadomość początkowo mnie załamała, podobnie jak to, że nie umiem kręcić kierownicą. Pan Przemek okazał się metodyczny i zdeterminowany, żebym nauczyła się parkować, poznała jak najwięcej kruczków i nie robiła kierownicą „mydełka Fa”. Na deser pojechaliśmy w miejsce, w którym zwykle parkowaliśmy z panem Adamem. On tam sobie robił przerwę na papierosa. Mówię: „O! Pan Adam”. Nie widział mnie, ale ja go widziałam.

Tak docieramy do wyrażenia „usher in”. Pan Przemek to kolejny strażnik progu. Dzięki lekcjom z nim zobaczyłam, że pan Adam wcielił się w figurę ojca. Podświadomie chciałam, żeby był ze mnie dumny, chciałam zasłużyć na jego akceptację. W efekcie brakowało mi mojej własnej motywacji, nie miałam więc siły podejść do egzaminu, nie mówiąc o jego zdaniu. Podświadomie wolałam go więc nie zdać. Obnażenie niedostatków pana Adama pozwoliło mi się do niego zdystansować i poczuć, gdzie ja jestem, co robię, czego nie robię i – co najważniejsze – po co to robię.

Wykupienie dodatkowych lekcji, choć nie do końca miałam na nie fundusze, pozwoliły mi poczuć, że zasługuję na to, żeby się nauczyć. Zwłaszcza że usłyszałam, iż jestem naturalna jako kierowca i widać, że lubię jeździć. No właśnie! Dlatego się doszkalam. Poczułam, że chcę się po prostu nauczyć jeździć, a nie tylko zdać egzamin. Sednem tego, że zapisałam się na kurs, było doświadczanie wolności, możliwość zabrania w podróż Bimci i Broneczka, chęć zapuszczania się w miejsca, w które inaczej niż samochodem nie mogłabym się dostać. Przestałam więc skupiać się na samym egzaminie. Założyłam, że mogę go nie zdać, i przyszła ulga.

Poczułam, że wcześniej chciałam, żeby pan Adam był ze mnie zadowolony, więc zamiast się uczyć i popełniać błędy, skupiałam się na tym, żeby ich nie popełniać. Nieraz pytam klientki na sesjach o to, jaka jest najgorsza rzecz, która mogłaby się wydarzyć w kontekście problemu, z którym przychodzą. Internalizacja tej świadomości wyzwala. Poczułam, że zasługuję, że mogę. No i zobaczymy, co przyniesie ten przełom. Stay tuned!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...