Przejdź do głównej zawartości

Odcinek 11: co z tą intencją?

Jazdy doszkalające z Przemkiem przebiegały lepiej niż pomyślnie. Urzekło mnie jego zaangażowanie i determinacja. Kiedy jakiś manewr nie udawał mi się, jechaliśmy w to samo miejsce kilka razy. Tak było z zawracaniem na rondzie, zawracaniem na skrzyżowaniu, włączaniem się do ruchu na trasie szybkiego ruchu z kazamatów bródnowskich, gdzie jezdnia ma dwa pasy, choć nie widać tego gołym okiem. Kiedy jedzie się z prawej na lewą stronę, trzeba wrzucić kierun, potem przekroczyć zasieki: ścieżkę dla rowerzystów, którzy pojawiają się tam znienacka. Dojazd do trasy szybkiego ruchu z tamtego miejsca jest niczym slalom gigant. Ćwiczyliśmy również łuk oraz podjazd pod górkę dwadzieścia razy. Dużo metodycznej pracy.

Po oblaniu pierwszego egzaminu na prawo jazdy doszło do mnie, że źródłem mojej motywacji było dotychczas zadowolenie pana Adama, a powinno być moje własne. Mowa o celu, który będę nazywała intencją. Skupia ona uwagę, materializując się jako konsekwencja i determinacja w działaniu, co przekłada się na skuteczność. Na poziomie energetycznym intencja skupia wiązkę energii jak światłowód i powoduje, że nie ma strat ani ubytków energetycznych. Ubytek energetyczny to nic innego jak rozproszenie energii, przejawiające się spadkiem motywacji, brakiem siły, niechęcią do kończenia rzeczy, a ostatecznie porzuceniem własnego, ważnego celu i zajęciem się tematami zastępczymi, czyli pomaganiem innym.

Ustalenie właściwej intencji – i wypowiedzenie jej na głos lub tylko sobie w myślach – powoduje, że zapisuje się ona w naszym polu i niejako „pilnuje”, żebyśmy nie zbaczali z trasy. Działa to zupełnie tak samo jak autopilot w Tesli lub samoster na łodzi.

Szczegółowe intencje (codzienne) są zawsze pokłosiem tej głównej intencji, którą wyznaczamy sobie raz na jakiś czas – raz na pół roku, rok, pięć lat. Jednym z narzędzi coachingowych jest narzędzie SMART. Odnosi się do celu: musi być on specyficzny (S), mierzalny (M), atrakcyjny (A), ważny (R) oraz określony w czasie (T). Parafrazując, jest to praca z intencją właśnie. Zawiera ona w sobie ten sam przekaz, co cel, ale uwzględnia również aspekt energetyczny, bo istotna jest tu uwaga (energia).

W dziesiątym odcinku mojego wpisu na tym blogu odnosiłam się do rozpoznania źródeł intencji i tego, czy to, co robisz, robisz dla siebie, czy może dla kogoś. Tak, wiem, powiesz, że zawsze dla siebie, ale niestety najczęściej kluczowe rzeczy robisz dla swoich rodziców. Ta ukryta intencja jest jak kompas, który wskazuje niewłaściwy kierunek w naszym życiu, najczęściej niezgodny z celem duszy, naszymi pasjami, talentami i głęboką tęsknotą za wolnością, za spokojem, za radością. Dlatego w pracy z intencją ważne jest rozpoznanie, czyje tak naprawdę intencje realizujesz – innymi słowy: w imię czego lub kogo są one realizowane.

Dla rodziców robisz rzeczy w zakamuflowaniu, z poziomu podświadomego. Śświadomie mówisz sobie, że to ja tak chciałam/chciałem, że to jest mój wybór. Czasem jest to namacalne: wybór szkoły, studiów inspirowany przez rodziców (bo tata, bo mama, bo dziadek), częściej jednak twoje-nie-twoje intencje, zakotwiczone w lojalności wobec rodziców, są utajone. Robisz coś, żeby ojciec był z ciebie dumny, żeby dostać akceptację matki, żeby uratować siostrę lub brata.

Ta ukryta, ale prawdziwa intencja zarządza twoimi działaniami. Skąd więc wiadomo, czy realizujesz prawdziwe, czyli twoje intencje? To się czuje, to się obserwuje. Nie twoja intencja prowadzi na nie twoją ścieżkę. Wtedy twój wewnętrzny system GPS mówi: „Na najbliższym zjeździe zawróć”. W życiu skutkować to będzie oporem materii, stresem, obciążeniem, utratą energii, obniżonym nastrojem, konfliktami, brakiem radości i lekkości. W pejzażu takiej ścieżki dominuje przymus, znój, a koniec końców brak motywacji do działania i niechęć do doprowadzenia twoich działań do końca. Nie masz siły nieść nie swojego bagażu. Ciało oraz twój poziom energii pokazują ci to bardzo wyraźnie i nie da się tego przeoczyć, nawet jak będziesz się bardzo starała/starał.

Co jeszcze może wskazywać na nie twoją intencję, według której żyjesz? To, kiedy w twoim życiu nieustająco dominuje dramat i silne emocje: złość, głęboki smutek, żal. Triggerują je w tobie ludzie, a w opisywanym przeze mnie wariancie bycia na nie swojej ścieżce życiowej jest ich bardzo wielu. Iluzja prowadzi do przerzucania winy na nich, a oni są tylko posłańcami. Tak jak niski poziom energii może wskazywać na to, że intencja, czyli kurs życia, jest niewłaściwy, podobnie pokazują to silne emocje wywoływane przez większość osób, które aktualnie masz wokół siebie. Nie chodzi o drobne trudności, tylko o osiągnięcie masy krytycznej trudu, który przychodzi do ciebie poprzez sytuacje, ludzi, a w konsekwencji to, jak się czujesz.

Teatrzyk, którego jesteś aktorem, ma obnażyć fałsz – nie ta droga, nie ten kierunek, czyli nie twoja intencja – i uwikłanie w odpowiadanie na potrzeby świata, a nie twoje własne. U podstaw tej szarpaniny leży lojalność wobec rodziców i chęć spełnienia ich oczekiwań albo ratowania ich. Kiedy przyjrzeć się temu pod lupą, jądrem problemu jest przyjmowanie na siebie np. roli ratowniczki/ratownika. Ogólnie tendencja do kompulsywnego niesienia pomocy rodzicom, innym członkom rodziny, przyjaciołom, dalszym znajomym, a nawet nieznajomym na ulicy powinna zapalić czerwoną lampkę uważności i poskutkować pytaniem: dlaczego to robię i jaka intencja za tym stoi?

Zwykle im więcej robisz dla innych, tym bardziej zaniedbujesz siebie, czyli żyjesz nie swoim życiem. Siłowe pomaganie innym, zgadywanie ich potrzeb, nieproszone porady niosą ze sobą bardzo dotkliwe konsekwencje energetyczne (karmiczne). Zakłócając „pomocą” realizację ścieżki życiowej drugiego człowieka, występujesz przeciwko planowi na życie, z którym ta istota tu przyszła.

W przypadku mojego prawa jazdy pan Adam, pierwszy instruktor, wcielił się w figurę ojca, a ja uczyłam się jeździć nie tak, żeby czuć się bezpiecznie za kierownicą i nauczyć się dobrze jeździć, tylko tak, żeby on był zadowolony. Kiedy zapomniałam o mojej intencji, że samochód ma mi umożliwić podróżowanie z moimi bliskimi do miejsc inaczej niedostępnych, nie miałam siły do tego, żeby zdać egzamin. Kluczowym momentem emancypacji człowieka jest przejście z dzieciństwa w dorosłość. To moment odzyskania suwerenności i wzięcia odpowiedzialności całkowitej i bezwzględnej za swoje życie oraz za swoje działania. Tu przestajesz oglądać się na to, czego od rodziców nie dostałaś/dostałeś, czego ci zabrakło oraz na to, kto i co ci wyrządził. Ta suwerenność to nic innego jak wejście na swoją, niezależną ścieżkę życiową, podążanie za prowadzeniem własnych intencji (nie mamy, nie taty, nie babci, nie koleżanek i nie kolegów).

Kolejne lekcje z Przemkiem były intensywne, ale skuteczne, bo wreszcie zaczęłam czuć, że jadę, że kieruję samochodem i że zaczynam nad nim panować. Po prostu zaczęłam wyobrażać sobie, że mogę być kierowczynią i że wreszcie pojadę tam, gdzie mi się marzy i z tym, z kim mi się marzy.

Tymczasem, bardzo dobrze przygotowana z podjazdów pod górkę, zawracania, zjeżdżania z ronda, poszłam na egzamin. Chciało mi się siku, więc zaczęłam się rozglądać za inną niż WORD-owska łazienką. Odbiłam w prawo, do miejsca, gdzie w okolicy ośrodka egzaminacyjnego zauważyłam zieloną połać przeświecającą przez bramę wjazdową. Okazało się, że jest to Sieć Badawcza Łukasiewicz – instytut bliźniaczy do żoliborskiego, w którym mam pracownię. Przeszłam przez dyżurkę; zaskoczona pani ochroniarka nie zatrzymała mnie, choć chyba miała taki zamiar. Tuż za bramą ukazał mi się obszerny plac-rondo porośnięty trawą, a wokół drzewa i nikogo tu nie było. Wspaniały kontrast do chaotycznej i nerwowej atmosfery w ośrodku szkoleniowym, w którym zdaje się egzaminy. Przeszłam do końca ronda z trawy, weszła do budynku tak, jakbym wchodziła do niego codziennie. Bardzo blisko wejścia była damska łazienka. Schłodziłam się w niej – na modłę japońską zmoczyłam ściereczkę zimną wodą i położyłam ją sobie na karku. Po wyjściu z budynku usiadłam na trawie pod wielkim kasztanowcem, zdjęłam buty i starałam się zachować spokój. Przychodziło mi to wyjątkowo łatwo dlatego, że w czasie porannej medytacji postanowiłam przekierować energię pochodzącą z przedegzaminacyjnych emocji dla wybranej grupy potrzebujących. Tak, energię można w ten sposób przekierowywać i to właśnie robi intencja. Skoro będę się denerwowała, a wtedy nie do końca panuję nad tym, co się dzieje ze mną, to niech chociaż ta energia, którą wyzwalam, nie idzie nie wiadomo gdzie, tylko tam, gdzie ja chcę.

Transformacja trudnych emocji w miłość, która ma pomóc drugiemu, zmienia pogląd na trudy życiowe, a w konsekwencji pomaga je łatwiej pokonać. Wracając do egzaminu: nowe nastawienie, nowa ja. Wybiła moja godzina. Na słonecznym placu manewrowym przywitał mnie sympatyczny pan Andrzej. Spokojnie zaczęliśmy. Manewr łuku wykonałam dwukrotnie – za drugim razem właściwie. Drugi w kolejności był podjazd na wzniesieniu. No i wszystko robiłam tak, jak mówił Przemek, ale przód samochodu wcale się nie uniósł po odpuszczeniu sprzęgła. Dodałam gazu, opuściłam hamulec ręczny, samochód się stoczył. „Proszę się zatrzymać. Manewr nieudany. Proszę zgasić silnik i powtórzyć manewr”. I jeszcze raz to samo. Co jest? Jakieś nietakie samochody tu mają. „O, widzę, że nie wrzuciła pani biegu tym razem. Pierwszym razem też nie”. Pan Andrzej wsiadł bez słowa do samochodu, poprosił, żebym zjechała na wyznaczone miejsce parkingowe i wręczył mi karteluszkę z negatywnym wynikiem egzaminu. Tym razem już spokojnie udałam się na przystanek tramwajowy. Podarłam karteluszkę na znak nowego początku i gotowości do kolejnego egzaminu. Nie doszło do marnacji energetycznej, co było plusem. Dodatkowo uskrzydliło mnie (naprawdę) poczucie właściwego dla mnie obrotu spraw, gdyż wewnętrznie nie byłam jeszcze gotowa, żeby wsiadać samodzielnie za kółko – bo zdanie egzaminu to nie to samo, co prowadzenie samochodu.

Komentarze

  1. Autorka tego wpisu, z niezwykłą subtelnością i uważnością, pokazała mi na przykładzie własnego doświadczenia, że ja również mogę – niezależnie od okoliczności – realizować swoje życie z intencją i podążać za własnym głosem. To nie warunki, w jakich żyjemy, nas definiują, lecz to, co sami z nimi zrobimy. Dziękuję za możliwość zatrzymania się i refleksji nad sobą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, dzięki za opinię! Fajnie, że popłynęła z tego dla Ciebie inspiracja🐋

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...