Zimą, tuż po Nowym Roku, w mieszkaniu pękła rura. Co ciekawe, znajdowała się na kierunku północnym, który w moim życiu odpowiada za jakość bycia w świecie. Co ciekawe, kierunek ten związany jest z żywiołem wody. No. Rura pękła. Woda zalała rzeczy, które stały na półeczce. Trzeba było wszystko wystawić, obejrzeć, osuszyć, no a przy okazji zrobić selekcję: co zostaje, a co idzie do wyrzucenia. Dostojewski – moje wydanie jego dzieł klejone w rozpadzie, ale zostaje. Grube wałki do kręcenia dużych loków – do wyrzucenia, bo włosy nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy zaczęły kręcić się same. Metalowe pudełeczko po amerykańskich czekoladkach z nadzieniem z fistaki, które dostałam od wspaniałej szwajcarskiej burżujki Katrin. Nauczyła mnie ona, jak doceniać to, co się ma, nawet jeśli to jest mało. To znaczy ona miała dużo, ale posiadła tę sztukę, co nie zdarza się znowu aż tak często. Poznałyśmy się w Londynie – zatrudniła mnie jako babysitter do swojego rozczytanego, 6-letniego synka Freddiego. W czasie jednej z naszych popołudniowych pogawędek pokazałam jej moją mini-książeczkę. Ówcześnie nie miałam jeszcze pracowni w Londynie, zminiaturyzowałam więc swoją twórczość. W tej książeczce poświęconej YSL namalowany był flakonik perfum OPIUM, które to miały swoją premierę w roku mojego urodzenia. Na tamtym etapie wyobrażałam sobie, jak one pachną. Namalowałam wersję vintage flakonika. Kiedy pokazywałam książeczkę Katrin, opowiadałam jej z przejęciem o mojej fascynacji YSL i jego twórczością, o tym, że ewidentnie pochodził z planety Małego Księcia. Ona tego wysłuchała z uwagą, a kilka miesięcy później, na Boże Narodzenie, dostałam od niej miniaturkę perfum w replice tego właśnie flakonu. Byłam poruszona i poczułam się jak Piotrek, bohater bajki Zaczarowany ołówek, który miał taki talent, że wszystko, co narysował, materializowało się. Katrin nauczyła mnie tego, że słuchanie drugiego człowieka jest tu najważniejsze, a te drobne, ale ważne gesty są wynikami uważności na drugiego. Nie byłam jej szczególnie bliska, a jednak tak się właśnie poczułam, kiedy dostałam miniperfumy i wiele innych drobiazgów.
W pudełeczku po czekoladkach miałam posegregowane monetami kraje pochodzenia, również angielskie. Rura została wymieniona, ale potem nic już nie było takie samo. Nastąpiła decyzja o wyprowadzce, a zaraz potem o tym, że zapisujemy się z Marcinem na kurs prawa jazdy. Najbliżej nas ma siedzibę najstarsza szkoła jazdy w Warszawie. Okazało się, że byliśmy jednymi z ostatnich adeptów przyjmowanych przez właściciela tuż przed jego odejściem na emeryturę. Szkoła ma siedzibę w chatce na Gocławiu. I już siedziba szkoły wskazuje na to, że istniała ona w jakimś innym wymiarze – niby na Gocławiu, ale nie tylko. Przypominała mi ona chatkę gajowego i strażnika kluczy z Harry'ego Pottera, Rubeusa Hagrida. W środku było jedno pomieszczenie i zaplecze kuchenne. Kiedy byliśmy tam pierwszy raz, właściciel siedział za biurkiem. Naprzeciwko wejścia stała druga kanapa. Nad nią wisiał obraz ze skóry przedstawiający samochód – niestety nie pamiętam marki. Po tym, jak wpłaciliśmy pierwszą ratę za kurs i czekaliśmy, aż pan Grzegorz wypisze nam kwity, do chatki wszedł młody chłopak. Właściciel oderwał się od pisania i rzucił: „Pan na kurs? Niech pan siada, panie Serafin”. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo. To było w środę, a już w sobotę braliśmy udział w części teoretycznej kursu. Zajęcia z teorii prowadził pan Jacek, który przyjaźnił się z panem Grzegorzem. W przerywnikach wykładów opowiadał, jak razem łowili ryby i grillowali. Znali się od zarania dziejów szkoły. Pan Jacek to wysoki mężczyzna, całym sobą zanurzony w przeszłości. Ubrany był schludnie, ale nienachalnie: w ciemną koszulę, czarną kamizelkę i dżinsy. Opowiadał o zasadach ruchu drogowego, ilustrując swoją opowieść rysunkami, które wykonywał różnokolorową kredą na zielonej tablicy. Na kursie były z nami dwie osoby: chłopak, który skończy niedługo osiemnaście lat i nie może doczekać się, aż zacznie jeździć, oraz młoda mama, którą mąż wysłał na kurs. Pan Jacek zabrał nas w podróż w czasie do swojej młodości. Jego wykłady były prowadzone metodycznie. Widział, że materiał, który przerabiamy, jest nudny, więc umajał swoje opowieści historiami z czasów, kiedy sam szkolił się na kierowcę. Był adeptem technikum mechanicznego – choć rodzice posłali go do szkoły muzycznej, on wybrał samochody. Z jego opowieści o metodach edukacyjnych obowiązujących w latach sześćdziesiątych wynikało, że instruktorzy byli srożsi od ówczesnych ojców. Podejrzewam, że gdyby przedstawiciel Gen Z spotkał się z takim instruktorem, pewnie by tego nie wytrzymał, a pan Jacek z rozrzewnieniem wspominał scenkę ze swojego szkolenia: jak to dojeżdżał do skrzyżowania Królewskiej ze Świętokrzyską, nie zastosował się do obowiązującego znaku, a po zakończonej lekcji instruktor powiedział mu: „Synku, weźmiesz teraz kubeł z wodą i szmatę, wrócisz do miejsca, w którym stoi znak, i przetrzesz go, żebyś następnym razem lepiej go widział”.
Pan Jacek robił nam częste przerwy, a sobie – na papierosa. Popołudniami, przy okazji omawiania zasad organizacji ruchu na skrzyżowaniach, straszył nas wypadkami. Wszystkie wykłady odbył w pozycji stojącej, układając swoje przedramiona w zaskakujących konfiguracjach. Jego gesty były powolne, jakby medytacyjne. W czasie niespiesznego opisywania zasad obowiązujących w ruchu drogowym wprawiał w ruch przedramiona i wydawało się, że skrzyżuje je na piersiach w tradycyjny sposób, ale on zatrzymywał ruch w pół drogi, kiedy prawa dłoń zmierzała do przegubu lewego przedramienia. Układał ją najpierw nad przegubem, jakby spód jego dłoni wyposażony był w czujki, i upewniał się nimi, czy aby na pewno na przegubie lewego ramienia jest miejsce na prawą dłoń. Ten ruch przypominał rozpoznawanie przedmiotów w ciemności. Kiedy po chwili dłoń spoczywała w zagłębieniu łokcia, kontynuował choreografię z udziałem lewej dłoni, która zamiast na prawe przedramię, wędrowała do twarzy. Palce lewej dłoni, zbliżając się do policzka, robiły to samo, co wcześniej prawa dłoń nad przegubem łokcia. Wyczuwały policzek jak kotek noskiem trawę. Palec wskazujący szukał odpowiedniego miejsca na policzku, a kciuk szukał brody. Po kilkunastu sekundach układ dłoni i przedramion ustalał się, żeby po chwili znów ulec zmianie i wrócić do ponownego odszukiwania zagubionych gdzieś w przestrzeni części ciała. Było to wszystko razem hipnotyzujące. Gdzie on tam sobie pływał? Jego ciało co prawda widzieliśmy na Saskiej Kępie, a jego duch wydawał się lewitować gdzieś daleko stąd. Zadawał nam pytania zamknięte: można przejechać czy nie można przejechać? Każdemu z nas udawało się przynajmniej raz udzielić właściwej odpowiedzi, ale w większości przypadków trafialiśmy jak kulą w płot. Pan Jacek się trochę niecierpliwił, ale ostatecznie nie poddał się i doprowadził kurs do końca. Jeden z uczestników kursu zapytał go, czy po zdaniu egzaminu na prawo jazdy powinniśmy przykleić sobie na szybę zielony listek, na co pan Jacek odpowiedział rebusem: „Z przodu zielony listek, z tyłu zielony listek, a w środku… głąb!”.
Przemek przyszedł do mnie z takim zadaniem: „Mam Kali, szukam kogoś, kto by mi ją naciągnął na ramę”. „Mogę ci pomóc”. Odebrałam od Przemka Kali kupioną w Indiach, zwiniętą w rulon. Była opakowana w zielony papier prezentowy, który pobrudził mi ręce. Po kilku dniach zawiozłam ją do pracowni. Wymierzyłam dokładnie płótno. Zamówiłam krosno (drewnianą ramę do nabicia płótna). Po dziesięciu dniach krosno było u mnie. Złożyłam je. Zaczęłam nabijać płótno. Okazało się, że obraz nie jest idealnym prostokątem, więc wymierzone krosno było za duże. Lekcja pokory od Kali. Proces się przedłużył, a tak naprawdę Kali wygospodarowała sobie więcej czasu, żeby pobyć u mnie i porobić porządki. Zapomniałam wspomnieć, że rura pękła tuż po tym, jak odebrałam boginię transformacji od Przemka. Drugie podejście do nabijania płótna na krosno zakończyło się wielkim sukcesem. Umówiłam się na odbiór. Przyjechał Przemek. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, a że chłopina jest mocno zanurzony w niewidzialnych aspektach rzeczywistości, pytał, jak tam Kali. Powiedziałam, że porobiła sprawy. A potem rozmowa zeszła na temat mojej relacji z malowaniem, a konkretnie ze światem sztuki. Określiłabym ją jako „mam-i-nie-mam”. Ta dziwna ambiwalencja zawsze mi towarzyszyła. Uczucie, że jestem częścią świata sztuki i nie jestem. Wtedy Przemek opowiedział mi o Nisargadatcie. Niepozornym, ale potężnym nauczycielu z Indii, który swego czasu bardzo go inspirował. Złapałam za telefon, wpisałam jego imię w wyszukiwarkę. Patrzę… pan Jacek! Mówię mu: „Nie uwierzysz, w zeszły weekend ukończyłam teoretyczny kurs na prawo jazdy, który prowadził Nisargadatta!” Wróciłam do domu, pokazuję zdjęcie Marcinowi, pytając, kto to jest. Marcin odpowiada: „O! pan Jacek!”
Kilka dni temu, kiedy jak zwykle o poranku wyszłam z chatki na poranną medytację, na siedzeniu fotela Marcina zobaczyłam coś dziwnego. Najpierw myślałam, że Bronek się po prostu zrzygał. A po bliższym przyjrzeniu się zobaczyłam, że to jest nadtrawione mięso, prawdopodobnie myszy. W zestawie była sierść i wnętrzności. Wszystko było ładnie uformowane w porcję na jeden haps. Szybko zorientowałam się, że jest to prezent, niejako wysokobiałkowa porcja odżywcza dla Marcina, który poprzedniego dnia miał duże zużycie energii. Doceniam. Biorę. Przyjmuję. I have no complaints whatsoever.
Fot. Nisargadatta Maharaj, Suresh Mehta

Komentarze
Prześlij komentarz