Przejdź do głównej zawartości

Odcinek 14: Co Harry Styles wie o reinkarnacji?

 

Że Anne Hathaway to żona Szekspira. William Shakespeare w 1582 roku poślubił Anne Hathaway. Dlatego ojciec aktorki, fan literatury, dał jej na imię Anne. W Internecie roi się od memów i zestawień wizerunków Szekspira z obecnym partnerem Anne. I patrząc na zdjęcia jej męża, Adama Shulmana, można pokusić się o stwierdzenie, że on to Szekspir.

Harry Styles w teledysku jednego ze swoich hitów „Sign of the Times” lata nad skalistym brzegiem zimnego morza w białym wełnianym swetrze i śpiewa: Never learn we've been here before, a w dalszej części tekstu piosenki dziwi się, dlaczego w związku z tym nie wyciągamy wniosków i o tym nie pamiętamy. Jesteśmy nauczeni sięgać po informacje ze sprawdzonego, czyli naukowego źródła. Jak coś jest przebadane, dobrze opisane, to można się do tego odnosić, a jak nie, to znaczy, że to nie istnieje i nie warto się tym zajmować.


Dzisiejsze czasy są dla niektórych przerażające – globalne ocieplenie, wojny, radykałowie u władzy, a dla innych są ciekawe i niosą przesłanie nadziei. Na naszych oczach nurt głównej narracji jest pochłaniany przez narracje kiedyś marginalne. Yupi! Zasięgi niektórych podcastów zaskakują równie mocno jak tematy, które poruszają. Na przykład podcast Next Level Soul, którego prowadzącym i autorem jest Alex Ferrari, porusza tematy związane z duchowością czy NDE i ma ponad milion subskrybentów, a jego najpopularniejsze odcinki po 5 milionów wyświetleń. Kanał mojego ulubionego Lee Harrisa, angielskiego channelera grupy istot pozaziemskich Z’s, ma 823 tys. subskrybentów, a najpopularniejsze materiały na jego kanale osiągają ponad milion wyświetleń. Rodzimy podcast Cypriana Majchera radzi sobie niezgorzej – ma ponad 500 tys. subskrybentów, a rozmowa z np. Anną Głowacz o resecie rzeczywistości i obcych cywilizacjach zebrała 700 tys. wyświetleń.


Dla wszystkich tych, którzy denerwują się tym, co się aktualnie dzieje na świecie, powinna to być krzepiąca informacja. Idzie nowe, a stare, choć tak łatwo nie chce się poddać, zdycha, a właściwie to już zdechło. Jest też dobra wiadomość dla fanów globalnego ocieplenia: gdyby co, Gaja sobie bez nas poradzi, odrodzi się ewentualnie bez nas. Nie musimy się o nią martwić. Martwmy się raczej o siebie i o to, co sami robimy, jak żyjemy. Czy mamy wybaczone, czy mamy zrobioną robotę z ograniczającymi przekonaniami, czy znamy odpowiedź dotyczącą celu naszego życia – i nie mówię tu o celu ważnym dla materialnego świata, tylko o celu dla duszy. Pytania kontrolne do tego zestawu zagadnień: czy żyję w zgodzie ze swoją pasją, czy jestem pożyteczna/pożyteczny, czy jestem szczęśliwa/szczęśliwy, czy widzę, ile mam, czy kocham siebie? Jeśli odpowiedź na któreś z powyższych pytań jest negatywna, złaź z barykady, zwijaj stoisko ze zbieraniem podpisów pod petycją i wracaj do siebie.


A i polecam też podcast elficzki Jonny Jinton z północy Szwecji, która bije rekordy i ma ponad 5 milionów subskrybentów. Najbardziej lubię jej filmy, w których pokazuje zorzę. Swoją markę biżuterii wypromowała tym, że wieszała naszyjniki i bransoletki w przesilenie letnie i nie tylko na sosnach, by chłonęły aurę okolicznej przyrody. Magia okazała się super chwytem marketingowym. Poza wszystkim, w moim rozeznaniu, ona jest totalnie autentyczna w tym, co robi – i może dlatego ma takie zasięgi? Dodam, że przez przeciętnego Janusza mogłaby zostać uznana za ezo-świruskę i odklejoną od rzeczywistości dziewuszkę. A jednak, Januszu, jest inaczej. To już moja osobista radość, że to, co było kiedyś uznawane za słabe, niemotowate i niedorzeczne, dziś odzyskało swój głos. Więc ja osobiście świętuję sukces takich elficzek jak Jonna.


Wracając do Harry'ego: dzięki między innymi takim piosenkom, jak wspomniana wyżej, informacja o reinkarnacji, nie wiedzieć kiedy, przesiąknęła do głównego nurtu. Zawsze trochę zazdrośnie słuchałam opowieści mediów czy jasnowidzów o tym, jak to łączą kropki ponad czasem. Zawsze poruszały mnie też filmiki o dzieciach, które znalazłszy się w jakimś domu, mówią: „Ja tu już byłam!” – i opowiadają, co gdzie stało, na deser wskazując ukryty pokoik: „O tam, za tą zasłonką”. Nie mówiąc o malutkich dzieciach, które widzą, że jest przy nich braciszek albo siostrzyczka, a to po prostu dusza poronionego wcześniej dziecka.

Mnie na te sprawy otworzyły Chiny. Żyłam tam dwa lata. Przeżyłam szok kulturowy, ale to chyba nieodpowiednie określenie na to, co się ze mną tam działo i co przeżywałam. Zostałam tam poddana wybebeszeniu, przenicowaniu tego i wielu wcześniejszych wcieleń. Transformacja, która się tam dokonała, zmieniła mnie na zawsze. Jednym z aspektów tego wiekopomnego w skali mojego życia doświadczenia było otwarcie się na to, co wcześniej uważałam za ześwirowane. Pamiętam, jak po powrocie spotkałam się z Moniką, koleżanką, którą znam chyba najdłużej, bo od szóstego roku życia. Zobaczyłam jej zdziwienie, kiedy powiedziałam, że moimi przyjaciółmi są kryształy – kostropatki przywiezione z Pekinu, które, mogę to śmiało powiedzieć, uratowały mi życie. „Ty, Waraxa, zajmujesz się takimi rzeczami? Jestem w szoku!” No właśnie, ja też!


Wiem, że gdyby nie szok związany z doświadczeniem obcej i trudnej do przyjęcia kultury oraz różnych perypetii osobistych, nie przeskoczyłabym, jak to się u nas mówi, na inną linię czasową. Energia poprzez intensyfikację zdarzeń, również trudnych, rozkręca się i wybija nas z grajdołka, w którym potrafimy sobie siedzieć latami i wcale nie chcemy wychodzić. To właśnie w wybijającym z rutynowych działań i myślenia kryje się siła podróży. W Chinach, zwłaszcza w kontaktach z kolegami i koleżankami Chinkami, zaczęłam doświadczać innego podejścia do rzeczywistości. Oni są bardzo przesądni, wiedzą, że to, co niewidzialne, zarządza materialnym wymiarem naszego życia. Na tej tezie zbudowane jest feng shui, medycyna chińska. Z moimi uczniami często rozmawiałam o duchach, o tym, co się dzieje, kiedy otwiera się trzecie oko. A w czasie wycieczki górskiej koleżanka Chinka, która praktykowała tradycyjną medycynę chińską w lokalnym szpitalu, powiedziała mi, że jej pięcioletni synek widzi, kiedy któraś koleżanka jest w ciąży (czasem sama zainteresowana jeszcze o tym nie wie). Umie też bez pomyłki wskazać, czy urodzi się chłopczyk, czy dziewczynka. Ta sama koleżanka nosiła na lewym nadgarstku bransoletkę z czerwonych koralików z drzewa, które miało ją chronić przed niechcianymi wizytacjami ze świata astralnego.


Zauważanie takich niuansów i uznanie tego jest kluczem do zmiany postrzegania rzeczywistości. Jeśli marzysz o zmianie paradygmatu, najpierw musi nastąpić zmiana w postrzeganiu rzeczywistości i otwarcie się na to, że może to, co o niej wiesz, jest już nieaktualne. Rozumiem, że niektórym trudno uwierzyć w takie rzeczy i budzi to ich niepokój, a nawet lęk czy agresję, ale to właśnie ciekawość i otwartość budują nową rzeczywistość. I to one niosą prawdziwą, głęboką zmianę. Jeśli łakniesz zmiany, muszę Cię rozczarować: ona nie dokona się przez systemowo dostępne rozwiązania, ani przez religię, ani przez politykę, ani przez obalenie tego lub innego oszołoma. Ta zmiana zaczyna się w Twoim sercu – w momencie, kiedy otwierasz się na to, co niesprawdzone, niepopularne i niepewne. Hej!


Co do Harry'ego, który okazał się refrenem tego tekstu, i tematu reinkarnacji, to tydzień temu poznałam wspaniałą kuratorkę, kształconą w zamorskich krajach. Spotkanie było, nomen omen, we Wrzeniu Świata. Ja się trochę spóźniłam, bo lał straszny deszcz i 111 przyjechało później. Wszyscy już byli, ale wykazali się zrozumieniem, na dowód czego dostałam kubek gorącej herbaty.

Siedząc i patrząc na Zosię, pomyślałam: ona mi kogoś przypomina. Ona jest jakaś taka renesansowa: długie, proste włosy opadające na ramiona, czarna, marszczona bluzka zebrana sznureczkiem w okrągły dekolt. Na szyi drobny łańcuszek z jeszcze drobniejszą zawieszką. Tak drobną, że nie widać, co to? Na lewym nadgarstku sznureczek pleciony w charakterystyczny wzór, również taki jakby renesansowy. Kiedy się żegnałyśmy, powiedziałam jej, że mam z nią renesansowe skojarzenia, ale może to dlatego, że właśnie wróciłam z Florencji i naoglądałam się dużo sztuki, a że mamy spotkanie artystyczne, to może mi się to nałożyło? Z tą myślą wróciłam do domu. Następnego dnia mieliśmy kolejne spotkanie z Zosią. Jechałam na nie już po porannej epifanii: ona może być wcieleniem Izabeli d’Este – pierwszej damy renesansu, mecenaski, inicjatorki nowych trendów. No coś takiego.

To odkrycie sprzed tygodnia stawia mnie, w jakiejś części niedowiarka i racjonalistkę, w miejscu: ale czy na pewno, czy to możliwe? Jednak czuję, że Zosia to Iza. Mam co do tego pełne przekonanie, choć nie umiem tego udowodnić. 

Fot. Peter Paul Rubens, Izabela w czerwieni (Portret Izabeli d'Este), ok. 1605 r.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 7: interstellar na naszym niebie

Skoro mamy lecieć na spotkanie z 3I/ATLAS, to najpierw kotwiczka. W drodze do pracowni pojechałam na Wolumen, żeby kupić trochę kapusty kiszonej. Wzięłam nawet słoik. W czwartki targ jest okrojony do jednej alejki, ale pan z kapustą był. Poprosiłam o napełnienie słoika. Pan ułożył kapustę ściśle i metodycznie. To moja pierwsza kiszona kapusta w tym roku. Kupiłam też kilo pysznych śliwek i zaczęłam je jeść już po wyjściu z targu. Rzeczywiście były bardzo słodkie. W pracowni, tak jak zaplanowałam już w domu, zabrałam się do zrobienia kanapek z sardynkami. Kiedy nakładałam rybki na chleb, talerz spadł na lodówkę. Zahamowałam go rękawem swetra i na szczęście chleb i większość sardynek pozostały na talerzu. Gotowe kanapki zagryzłam kiszoną kapustą, która była pyszna, ale chyba zbyt słona. Po kanapkach zjadłam sałatkę owocową z jednej gruszki i trzech kiści działkowych winogron, które ku naszemu zaskoczeniu wciąż zdobiły pergolę przed działkowym domkiem na Wawrze. Były bardzo słodkie, ale cz...

Odcinek 3: Ramana

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem, a nawet lepiej. Wstałam rano. Wypłukałam zęby i język olejem kokosowym i od razu poczułam się wspaniale. Potem jak zwykle medytacja Joe Dispenzy i modlitwa. Już wczoraj sprawdziłam, gdzie mogę wypożyczyć książkę „Samotne oceany ”, r eportaż Pauliny Reiter o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Była pierwszą żeglarką, która w latach 70. w samotnym rejsie opłynęła kulę ziemską. Rok temu, przed wyprawą na Mazury, czytałam jej dziennik. Sprawdziłam, że książka jest dostępna w bibliotece nr 70 przy Alejach Ujazdowskich. Świetnie! Zrobię sobie spacer po drodze do pracowni. Uwznioślona, a wręcz uskrzydlona poranną medytacją, rozciąganiem, staniem (stojąca medytacja z Tai Chi, tzw. beczka), zjadłam śniadanie, spakowałam jedzenie do pracowni. Tym razem był to pojemniczek ugotowanego bobu, około ćwierć kilo, sałatka z pomidora, liści szpinaku i rukoli z dodatkiem trzech sardeli, kilka mini kromeczek mojego chleba orkiszowego oraz roślinny skyr o smaku ...

Odcinek 5: koc, baran i księżyc

U mnie malowanie przeplata się z pisaniem i jest to przeplatanka niemożliwa, bo łączy ze sobą dwie różne przestrzenie. Pierwsza istnieje w świecie ponadzmysłowym, a druga w przestrzeni mentalnej, to znaczy wyjściowo, zarodkowo. Dzięki tej specyficznej formule materialnej, którą jestem, obie te przestrzenie materializują się: jedna jako obraz lub mural, a druga jako tekst. To tak wygląda, kiedy patrzę na swoje życie z lotu ptaka. Kiedy lecę niżej lub, kiedy zupełnie wyląduję, uświadamiam sobie, że mieszkam na Grochowie i najwięcej czasu spędzam w kuchni. Aktualnie leżę pod kocem. Kot, którego wpuściła ciocia, koniecznie chciał leżeć ze mną. To znaczy, zastanawiam się, czy chodziło o mnie, czy raczej o koc, który lubi? Co lubi mój kot: mnie czy koc, a może mnie w zestawie z kocem? Siedzę na wersalce, która stoi w kuchni. Opieram się o ścianę i o „barana” – tak nazywam poduszki z owczej wełny. Leżę też zresztą na „baranie” – czyli kocu w zodiak, który dostałam od Renaty na nową drogę życi...