Obudził mnie przyjemny powiew chłodnego powietrza, które wpadało do domku przez uchylone okno przy łóżku. W domku było wciąż ciepło. Pies spał na drewnianej podłodze na środku izby, a kot nie wrócił na noc. O 5.30 niebo było pochmurne, a powietrze przyjemnie rześkie. Po wczorajszych upałach to całkiem zaskakujący kontrast. Nie narzekam na temperaturę, bo ciepła jest wciąż u nas mało. Pewnie gdyby podsumować wszystkie ciepłe dni w roku, to byłoby ich nie więcej niż 30.
Kiedy skończyłam medytację i modlitwę, przestał padać deszcz, mogłam więc poćwiczyć na trawie. Lubię wyobrażać sobie, że świat jest żywą istotą, która reaguje na moje potrzeby. Nawet jeśli jest to nadinterpretacja, to i tak wprawia mnie ona w świetny nastrój. Zanim wyszłam z Bimcią, zjadłam śniadanie: kleik jaglany z czarnym sezamem z dodatkiem siemienia lnianego, miodu i masła.
Miałam do wysłania małą paczuszkę, postanowiłam więc, że połącza z tym poranny spacer z Bimcią. Deszcz rozpadał się na dobre. Założyłam na ramię płócienną torbę, w której była paczka. Na to włożyłam niebieską kurtkę przeciwdeszczową Marcina firmy Columbus. Poczułam się jak Wanda Rutkiewicz w bazie pierwszej, w której potrzebowałaby czegoś niezbyt grubego, ale wiatroszczelnego. Założyłam zielone kalosze, wzięłam łopatkę do przekładania kupy Bimci, założyłam jej puszorek i ruszyłyśmy na spacer. W mżącym deszczu ROD-osowa zieleń wydawała się jeszcze bardziej bujna i soczysta. Pomyślałam: angielska pogoda. Idąc alejką do wyjścia z ogrodów działkowych, przypominałam sobie lata spędzone w Londynie i te słotne pogody, które dominowały przez większość roku. Patrząc na kalosze wybłyszczone mieszanką rosy i porannego deszczu, wspominałam moje wycieczki do National Gallery, spacery po Hyde Parku, wizyty u przyjaciół w odległych dzielnicach miasta, dojazdy do galerii przy Elephant and Castle, w której odbywałam staż.
Pijąc kolejną bawarkę, którą zagryzałam ciasteczkiem imbirowym, pogrążałam się w melancholii niewiadomego pochodzenia. Ciągnęło mnie zawsze do tego miasta. Kiedyś przyjeżdżałam tu na wakacje, a w 2011 roku tu zamieszkałam. Nie chciałam nigdzie pracować na cały etat. Chciałam mieć pracownię, malować i jak najczęściej bywać w muzeach i galeriach. Szczególnie ciągnęło mnie do National Gallery do Piera della Francesca, Caravaggia, Vigée Le Brun, van Gogha. Konsekwentnie realizowałam te potrzeby, ale żyłam skromnie. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nasączam się atmosferą miasta, odtwarzam jakieś wspomnienia moje–nie-moje, z tego–nie-z-tego życia? Dla rozumu i dla świata, który czeka na skuteczność i sukcesy, mało w tym było atrakcyjnych wątków. Czułam się trochę jak rozbitek: od jednej fuchy do drugiej, pomiędzy „być tu” a „jechać”, z pytaniem: a co ze środowiskiem artystycznym?
Koleżanki Polki po wyższych szkołach artystycznych miały pomóc w kontaktach. Szybko zorientowałam się jednak, że chyba trzeba iść na studia, bo inaczej będę krążyła w przedsionku angielskiego życia artystycznego. Ale czy ja chcę iść tu na studia? Umysł przekonywał mnie, że koniecznie, że to świetny pomysł – pożyczy się pieniądze i zrobi jakieś MA na Slade czy Royal Academy of Arts, a może coś teoretycznego na Goldsmiths University w Lewisham? Najbliżej było Goldsmiths. Naprzeciwko znajdował się bar z angielskimi śniadaniami. Często tam przychodziłam. Po kilkunastu miesiącach w Londynie porzuciłam jednak pomysł rozpoczynania tu studiów. To będę tak żyć z dnia na dzień i nic się nie wydarzy? Spotykałam Polaków i Polki. Oni dosyć skutecznie realizowali tu swoje marzenia o lepszym życiu: praca w korporacji, zarabianie na własne mieszkanie wynajęte w dobrej dzielnicy z dobrym kodem pocztowym. Spotkania raz w miesiącu na drinka z członkami grupy Polish Professionals potwierdzały ich sukcesy, a u mnie wywoływały kolejne pytania o sens egzystencji w Londynie.
Praca wolontariacka w jednym z artist-run space na Elephant. Niby inwestycja w przyszłość i w kontakty, jednak czułam, że to bez sensu. Kierownikiem był sprytny Irlandczyk. Ucieszył się z mojego zapału w pozyskiwaniu grantów, ale kiedy udało mi się (z moim angielskim!) zdobyć fundusze od Lottery Fund, był to niestety początek końca. Wymyślił, że skoro ja zdobyłam pieniądze, to on też może. Okazało się jednak, że nie może. W obliczu jego kolejnych porażek moje akcje w galerii malały. Jednak zanim nasze drogi ostatecznie się rozeszły, zaprosił mnie do udziału w wystawie zbiorowej. Poznałam tam wielu fajnych artystów – w większości po Royal Academy of Arts i w większości pracujących jako art technicians w Saatchi Gallery.
– Wiesz, wczoraj przewieszałem obrazy w przedpokoju u Saatchiego, a na koniec pracy on zaproponował mi meatballs. Mówi do mnie: „Paul, chodź, zobacz, zrobiłem meatballs, zjesz?” – relacjonował z zapałem mój kolega Anglik. Bo przy okazji takiego spotkania tête-à-tête Charles mógł w każdej chwili zagaić: „Czym się zajmujesz poza pracą w galerii? Aaa, jesteś artystą? Tak myślałem, co tworzysz? A może chciałbyś, żebym wpadł do twojej pracowni?”. A potem to już z górki: wystawa, sprzedaż, kolejne wystawy, kolejne sprzedaże. I ta wyobrażona kaskada zdarzeń była tak lukratywna, że kiedy zapytałam innego kolegę o pracę w Saatchi z pominięciem tego, który jadł meatballs z Charlesem, wywiązała się awantura. Jak mogłam pominąć kolegę od meatballsów? Przecież to przez niego powinnam kontaktować się z Charlesem, a nie przez jego znajomego!
Ten afront doprowadził tego względnie statecznego Anglika do gwałtownej i emocjonalnej reakcji. Wtedy zorientowałam się, że konkurencja jest tu dla mnie za duża, a konkurenci są zbyt jumpy. No i jeszcze Dawn Mellor (aktualnie Bod Mellor), z którymi pewnego dnia ucięłam sobie pogawędkę przed otwarciem galerii. Ja byłam na czas, a oni przyszli, bo byli zainteresowani podnajęciem u nas pracowni. Kierownik się spóźniał, więc sobie pogadaliśmy. Powiedziałam, że przecież każdy artysta marzy o sukcesie, na co usłyszałam: This is very naive thinking. Po czym przyszedł kierownik – niepocieszony, bo ja znowu z pominięciem hierarchii sobie rozmawiałam i spoufalałam się bez jego wiedzy ze znaną artystką.
Moje życie w Londynie było słodko-gorzką udręką: kastowość była przytłaczająca, nie wspominając o konkurencji. Normalnie strach było opowiedzieć o tym, nad czym się pracuje, żeby zaraz ktoś nie ukradł pomysłu. Natomiast zwyczajnych rozmów brakowało – słyszało się tylko korporacyjne wstawki i dyskusje o projektach. Jakiś czas temu przyszło to również do Polski.
Ale też chłonęłam łapczywie coś-nie-wiadomo-co z atmosfery londyńskiej – coś, czego nie byłam w stanie nazwać. Sztuka jasna sprawa, dawni mistrzowie w National Gallery też, ale było jeszcze coś, czego nie umiałam nazwać, rozpoznać. Potrzeba bycia w Londynie, siedzenia tam, nasłuchiwania, wąchania zapachów... Jakby przypominania sobie, wspominania tego, co było? Ale czego i kiedy? Nie miałam pieniędzy na transport publiczny, więc dużo spacerowałam po mieście – czasem tyle, że nogi wchodziły mi w dupę. Ciągle mnie coś wołało, ale nie wiedziałam co. Męczyłam się, bo cel mojego pobytu nie był jasno określony, a cele, które sobie założyłam przed przyjazdem, nie były realizowane.
Ówcześnie myślałam nawet, że jest to forma ucieczki albo w najlepszym razie zupełnie bezcelowe marnowanie czasu. Dni mijały, a chmury i deszcze spowijały moją siłę woli, tworząc wokół mnie szczelny kokon bezwolności. Zupełnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Co ja tu robię? Jestem nianią, od czasu do czasu pomaluję komuś mieszkanie, podnajmuję kawałek pracowni za 100 funtów – ale jest tak mały, że mogę malować tylko obrazy wielkości znaczka pocztowego. Nie mam pieniędzy na autobus, więc wyprawa do pracowni to 40-minutowy spacer. Jedzenie kurczaków w jamajskiej smażalni na Peckham Rye było atrakcyjne tylko na początku. Byłam w tym dryfie przez trzy lata. Dominującym uczuciem towarzyszącym mojej codzienności była tęsknota – ale nie wiadomo za czym lub za kim?
Ruszyłam z Bimcią na spacer. Nadałam paczkę. Wracając, szłyśmy wzdłuż ogrodzenia ogrodów działkowych. Ścieżka znowu przeniosła mnie do Londynu, do Hyde Parku. Lubiłam tam chodzić, ale lubiłam też park niedaleko Denmark Hill – Ruskin Park: niepozorny, nic tam nie było ciekawego, zupełnie jak w Parku Znicza na Grochowie. Pomyślałam, że angielskość tamtejszych parków przejawiała się w tym, że ludzie chętnie wchodzili na trawę i się na niej kładli.
Po spacerze postanowiłam pojechać po odbiór nowego dowodu – taki symbol nowej tożsamości. – Dziś będziesz jechała, w taką pogodę? – No! Ruszyłam na autobus. Na przystanku siedział starszy pan. „O, czeka na autobus, więc nie martwię się, że mi odjedzie” – pomyślałam. Ale on wcale nie czekał, tak sobie tylko siedział. W urzędzie wszystko poszło gładko. Odrealniona urzędniczka wydała mi dowód, przecinając stary dokument w dwóch miejscach nożyczkami: ciach, ciach. I tak narodziła się moja nowa tożsamość. Uczciłam ten radosny moment odrodzenia kawałkiem czekolady o zawartości 90% kakao.
Wsiadłam w tramwaj 76 i zatopiłam się w lekturze książki nieodżałowanego Piotra Oczki pt. Suknia i sztalugi i zaczęłam czytać rozdział „Malarka i matka” o Mary Beale. Autor pisał, że mieszkała ona w Londynie w domu pod Złotą Kulą. Odpaliłam mapy w telefonie. Jej mieszkanie i pracownia miały znajdować się na rogu Pall Mall i St. James's Square. Weszłam na Street View, oglądałam uważnie zdjęcia okolicy, w której mieszkała. Wyobrażałam sobie to miejsce, a potem zaczęłam przesuwać widok do pałacu Buckingham i w drugą stronę, do Trafalgar Square. Nagle kątem oka zobaczyłam panią motorniczą, która do mnie machała. Co to? Tramwaj się zepsuł czy zmiana kierowcy? Motornicza uśmiechnęła się do mnie, a ja skleiłam, że dojechałam na pętlę. – Zamyśliłam się. – A, to nic nie szkodzi, zdarza się, kochanie – powiedziała.
Historia Mary sprowokowała mnie do myślenia o moim prawdziwym powodzie krążenia po Londynie przez trzy lata. Może ja tam odtwarzałam jakieś poprzednie życie? Może coś tam dożywałam? Szybko podreptałam na autobus 702 i kontynuowałam swoje dociekania związane z Mary i z jej życiem. Moje dalsze dociekania wykazały, że mieszkała w „domu pod wazonem z kwiatami nad balkonem”, który znajdował się obok „domu pod złotą głową". W siedemnastowiecznej Anglii z powodu niepiśmienności mieszkańców nazwy ulic i numery domów nie funkcjonowały. Topografię miasta tworzyły obrazki, czyli szyldy. Dzisiejszy adres jej mieszkania to Pall Mall 18–19. Wydedukowałam to z informacji na mapie. Pod tym właśnie adresem znajduje się galeria Philipa Moulda – kolekcjonera, który propagował twórczość Mary. I to nie jest przypadek, że na siedzibę swojej galerii wybrał jej dawne mieszkanie. Mary była portrecistką, która początkowo malowała portrety znajomych, a potem zaczęła dostawać zamówienia od różnych ważnych angielskich osobistości, m.in. Johna Tillotsona, Edwarda Stillingfleeta, Gilberta Burneta, Lady Elizabeth Rayney, Sarah Cowper, Jane Fox czy Aphry Behn.
Z czasem stała się żywicielką rodziny, a jej mąż, Charles, rzucił urzędniczą posadę w City, dla której małżonkowie przenieśli się do Londynu. A że z zamiłowania był alchemikiem-okultystą, z sukcesem ucierał jej farby i przygotowywał podobrazia. Zajmował się też rozliczeniami z zamawiającymi. Mówiąc krótko: był jej asystentem, PR-owcem i księgowym w jednym.
Wczoraj rozmawiałam z dawną koleżanką, z którą mieszkałam na jednym osiedlu na Denmark Hill, co wywołało moje wspomnienia o Londynie, a dziś, po przeczytaniu rozdziału z książki Piotra Oczki, moje związki z tym miastem nabrały zupełnie innego, ponadczasowego wymiaru. Wypełniło mnie dziwne, irracjonalne przeczucie, że moje życie w Londynie w jakiś sposób wiązało się z tamtymi czasami. Może spotykałam Mary? Może się przyjaźniłyśmy? Może byłam jednym z jej synów? A może Mary to ja? Te wizje i symulacje sprawiły, że zaczęłam widzieć rzeczywistość jako płynny kryształ poruszany uwagą mojego serca. Wczoraj usłyszałam od Mistrza Lobsanga, że mądrość serca to wiedza, której nie trzeba się uczyć.
Myśli o moich siedemnastowiecznych wcieleniach londyńskich załamują wyobrażenie o tym, czym jest rzeczywistość, jak wygląda i co się na nią składa. W tych nowych odsłonach jest ona znacznie bardziej płynna, przejrzysta oraz nieprzewidywalna.
Dobrego zaćmienia Słońca!
1. Autoportret z mężem I synem, 1650, dzięki uprzejmości Philip Mould Gallery
2. Autoportret, 1675, dzięki uprzejmości St Edmundsbury Borough Council


Ciekawe..
OdpowiedzUsuń