Nie mogę spać. Nie możesz spać, zjedz coś może? Wstałam. Zrobiłam siku. Zjadłam dwie brzoskwinie i cztery lub nawet sześć śliwek. Deszcz dzwonił o dach i okna naszego domku. W bloku tego by się nie usłyszało. Nie mogłam spać przez deszcz. A może nie mogłam spać dzięki deszczowi? Postanowiłam, że dokończę oglądanie filmu pt. „Dlaczego nie”, bo polskie komedie romantyczne działają na mnie kojąco. Po dwudziestu minutach zaczął morzyć mnie sen. Pobudka o 5 rano po dwóch godzinach snu. Kot wrócił do domu maniacko głodny. Zwykle po powrocie z nocnych wypraw marudzi, że chce jeść, ale po jednej lub dwóch odmowach z mojej strony idzie spać. Tym razem był jakiś znarowiony. Zignorowałam go i poszłam pomedytować, ale usłyszałam szelest dobiegający z kuchni. Michael dobierał się do psiego kabanosa Bimci. A może rzeczywiście go przycisnęło? Sypnęłam mu kilka kocich chrupek i wróciłam do medytacji. Po chwili usłyszałam szelest. Znowu Michael, tym razem z głową w kociej karmie. Boże! Kotku, co się z tobą dzieje? Nasypałam mu porcję śniadaniową chrupek. Może idzie zima? Zjadł. Był jeszcze niespokojny, ale powiedziałam mu, że nic już ode mnie nie dostanie. Poszedł spać niepocieszony.
Wczoraj wieczorem, kiedy deszcz padał o wiele mocniej, a Bimcia się tego bała, domek mimo wszystko stał się rozkoszną norką oświetloną punktowym światłem lampki w stylu art déco. Całość dopełniał zapach fasolki po bretońsku, który dobiegał z kuchni. „No i będziesz miała na jutro do pracowni jedzenie” – oznajmił Marcin. I to właśnie z tej przytulności przeszłam płynnie w bezsenność, żeby wejść w nowy, wydaje się, intensywny dzień.
Deszcz trochę ustał, ale nadal siąpił. Na dworze było nieprzyjemnie. Wyszłam przed domek, żeby potrząsnąć ciałem, pooklepywać ramiona, w zgięciu łokci, pod pachami, w pachwinach, pod kolanami. Wróciłam do domku. Wyszłyśmy z Bimcią na spacer stosunkowo wcześnie. Już o 7 przemierzałyśmy działkowe alejki. Wydawałam z siebie głośne, krótkie dźwięki na wypadek, gdyby gdzieś tam za krzakiem czaił się dzik lub dwa. Ostatnio jakby ich nie widać, a sąsiadka Ania mówiła, że przyjechał ktoś z gminy, uśpił te, które u nas były, i wywiózł je poza teren działek. Także dzika nie spotkałyśmy.
W drodze do pracowni zaplanowałam przejazd przez bazar Szembeka. Miałam do kupienia kilka rzeczy. Jadąc, rozmyślałam, o czym napiszę kolejny wpis na bloga. Wymyślam, przywołuję scenki, szukam tytułu i nagle słyszę: „Nie martw się, podrzucimy ci temat. Sama zobaczysz”. Ok. Odpaliłam podcast Lee Harrisa i jazda na Pragie.
Kiedy szłam w stronę bazaru, poprosiłam, żebym bez sprawdzania połączeń miała krótki czas oczekiwania pomiędzy «6» a «28»." (W tym momencie pyknął czajnik w pracowni). No to zakupki. Prawie pusty bazar, krótka pogawędka z panią, u której kupuję jajka. Ponarzekała sobie, że teraz wszystko szybko się psuje, a wręcz rozpada. Przy stoisku, na którym kupowałam maliny, ekspedientka ukraińskiego pochodzenia doradzała swojemu koledze zaopatrzeniowcowi, żeby sobie zrobił kogel-mogel z solą. Nie wiem, na co?
Dotarłam na przystanek. Szóstka za trzy minuty. O, jedzie. Nie jedzie? Dlaczego nie jedzie? Dlaczego stoi? Ludzie półsenni, większość nie widzi tramwaju, który stoi 100 metrów od przystanku. Ale dlaczego stoi? Przyglądam się i widzę, że przed tramwajem coś majaczy, coś się rusza. Mały dzik? Małe dziki? I duże, i małe. Tramwaj jedzie za nimi. One idą wężykiem: na tory, z torów, na tory, z torów. Ale co? Idą nam na spotkanie? Do nas idą się przywitać i będą szły przed tramwajem torami do Kijowskiej, a my za nimi w tramwaju jako asekuracja pielgrzymki? Motorniczy zaczął im migać światłami, dawać dzikom znaki, żeby przyspieszyły tę pielgrzymkę do ziemi obiecanej.
Muszę to nagrać. Nagrywając dziki, pomyślałam o moim ostatnim zmaganiu z czasem: ciągle robię wszystko za wolno. Już obiad na stole, a jeszcze siku, szybciej Monika, bo obiad stygnie, albo przy śniadaniu: czy zdążę zjeść spokojnie owsiankę przed wyjściem do pracowni? No, już po tej myśli to nie mogę zjeść jej spokojnie. Albo: czy zdążę poskładać pranie przed deszczem? W ogóle dużo było ostatnio tych pytań: czy zdążę? Marcin lubi mi mówić, widząc moje zmaganie z czasem: „Czy Monika zdąży?”. Napięcie nie ustaje, a chęć przyspieszania właściwie wszystkiego robi się nieznośna. Pielgrzymowałam więc razem z dzikami do ziemi obiecanej, krainy spokoju, krainy bez pośpiechu. Gloria życia przejawia się w takich momentach, których nikt się nie spodziewa. Kiedy nakaz świata do pośpiechu tworzy nieznośne gorąco w środku, a dzik cię zatrzymuje.
Dziki doszły do pęknięcia w ogrodzeniu oddzielającym trakcję tramwajową od ulicy i z wielką gracją, jeden po drugim, przecisnęły się przez tę szczelinę istnienia, dalej do pasów, żeby pomaszerować na Olszynkę Grochowską. Totemicznie dzik jest symbolem uziemienia, bo ryje w ziemi: niucha, przerzuca ziemię, wydycha w nią powietrze, prycha. Jest uziemiony. Uziemiony przez działanie, czyli przez rycie ryjem w ziemi. Dziki grochowskie poryją, napowietrzą i uwolnią ziemię pola bitewnego z cierpienia poległych, tak jak uwolniły mnie od nakazu przyspieszania, ot tak, w czasie kilkuminutowej sesji.
Niedawno wróciłam do oddychania metodą Wima Hofa. Potem obejrzałam wywiad z Tenzinem Lobsangiem o kultywowaniu energii dantian, tzw. wewnętrznego ognia. Adepci tybetańskiej wadżrajany (diamentowej ścieżki) są między innymi (bo ścieżka ma wiele odnóg) duchowymi potomkami takich mistrzów jak Milarepa czy Guru Rinpocze. Prowadzi ona do całkowitego uwolnienia z wszelkich iluzji szybko i skutecznie, czyli w ciągu zaledwie jednego żywota, ale wymaga od adepta dyscypliny, determinacji i konsekwencji. Jest to praktyka dla tych, którzy mają w sobie dużo ognia.
Lobsang opowiadał o praktyce tummo. To generowanie ciepła fizycznego i energetycznego w wyniku rozpalenia wewnętrznego ognia. Testem, który przechodzi adept tej praktyki, jest wysuszenie na mrozie w czasie medytacji kolejno trzech mokrych płacht, którymi jest okładany praktykujący. Praktyka odbywa się zwykle pomiędzy północą a szóstą rano. Tenzin Lobsang zapewniał, że ta zaawansowana praktyka z wewnętrznym ogniem umożliwia doświadczanie błogości, znika bunt przed odczuwaniem zimna, przychodzi akceptacja, a z tej akceptacji płynie błogość. Ciało dzięki tej praktyce zamienia się we współczujące ciało, które nie odczuwa bólu. Przyznał, że zna Wima Hofa, ale jego praktyka jest inna niż to, co robi. Potwierdził, że Ice Man to człowiek o potężnej energii. Na co dzień każdy może pracować ze swoim wewnętrznym ogniem i np. rezygnować świadomie z pośpiechu lub nie ulegać czyjejś presji.
Ja co prawda nie suszyłam mokrych płacht na sobie w czasie mrozu, ale doświadczałam przekraczania ograniczeń swojego ciała i bólu ego miażdżonego pod naporem dyscypliny, powtórzeń, kiedy praktykowałam kung-fu. Po trzech latach nie mogłam nawet powiedzieć o sobie, że jestem początkująca. Znój, pot i łzy. W trakcie treningów, zwłaszcza w czasie medytacji stojącej, skupialiśmy się na dantian – źródle wewnętrznego ognia. Wtedy dowiedziałam się, że coś takiego istnieje i zyskałam świadomość tego wewnątrztrwałego ogniska, które płonie w moim brzuchu. Choć robiłam ćwiczenia angażujące wewnętrzny ogień i skupiałam się na nim poprzez wizualizacje, dopiero po wysłuchaniu Lobsanga i po wizualizacji ognia w czasie ćwiczeń z Wimem skleiłam, czym naprawdę jest to centrum energetyczne człowieka i jakie jest jego zadanie.
Dla świadomego człowieka jest to potężna twierdza zasobów energetycznych, dla nieświadomego – źródło wielkich ubytków energetycznych. Fizycznie znajduje się ono cztery palce pod pępkiem i jest to środek ciężkości człowieka. Skoro ten punkt topografii ciała ma znaczenie dla utrzymywania równowagi fizycznej, to dla mnie logiczne jest, że energetycznej również. Kultywując wewnętrzny ogień – najlepiej go sobie wyobrażać jako żarzący się węgielek i oddychać do niego – można rozwijać to najważniejsze centrum energetyczne, ale też budować świadomość, czym ono jest.
Z mojej praktyki wynika, że siła człowieka i jego wewnętrzny spokój, a praktycznie szczelne granice, łączą się z tym centrum energetycznym. Jest to najgłębsza forma uziemienia i można je porównać do kotwicy symbolizującej niewzruszone połączenie z samym sobą. Ja nazywam ten stan byciem przy sobie. Odkryłam to, kiedy w chwili dużego stresu skierowałam tam swój oddech, tak jak w czasie ćwiczeń z Wimem. Zauważyłam, że dzięki oddechowi i skupieniu uwagi na dantian bardzo szybko się uspokoiłam. Doświadczyłam też silnego osadzenia w sobie, świadomości swojej siły, można powiedzieć: siły spokoju. Wystarczyły trzy oddechy. Praktykując większą świadomość ciała, swoje odkrywanie zaczęłam od serca, ale jego funkcja jest zupełnie inna. Można powiedzieć, że dantian jest energetycznym strażnikiem serca – wielkiego generatora miłości.
To nie jest przypadek, że adepci kung-fu obniżają środek ciężkości, podwijając kość ogonową, i skupiają tam energię. Dzięki temu zyskują coś więcej niż siłę fizyczną. To właśnie uziemienie, które płynie z tego miejsca i sprawia, że stają się oni praktycznie niewywracalni.
Była u mnie ostatnio w pracowni Marta. Odprowadziłam ją do wyjścia. Stałyśmy przed budynkiem i rozmawiałyśmy o jej tai chi. Ona pytała, jak tam moje kung-fu, a ja powiedziałam, że nijak, bo teraz jestem w przestrzeni ćwiczeń zgłębiających arkana pierwiastka żeńskiego. I tak rozmawiałyśmy sobie o biodrach i o miednicy. Na to przyszedł jeden z naukowców pracujących w IChP – starszy pan o wyglądzie łagodnego inteligenta z nutką serdeczności wymalowaną na twarzy. Podszedł do nas i patrząc na moje robocze spodnie, powiedział z rozbrajającym uśmiechem: „Przepraszam, panie tu tak stoicie, a ja czekam na ważnego gościa, no a pani nie wygląda zbyt reprezentacyjnie”. Wyrwana z rozmowy z Martą, uległam stanowi, który oddaje najlepiej samogłoska „eeee”, po czym parsknęłam gromkim śmiechem i zapytałam go: „Pan żartuje, tak?”. Bo myślałam, że naprawdę żartuje. On z uśmiechem pokręcił przecząco głową. Hmmm. Spojrzałam na niego i powiedziałam:
„N i e, n i e m a m o w y!”.
Warto pracować z wewnętrznym ogniem!
Buzi!
fot. MW, Brzuch bogini, ROD Zorza, 2026

Zbyt reprezentacyjnie dobre. Jak zawsze czytam.z uwagą i widzę Cię jak robisz te wszystkie rzeczy.🙂
OdpowiedzUsuńCo to znaczy: zbyt reprezentacyjnie dobre? Serdeczki!
Usuń