Przejdź do głównej zawartości

Posty

Thalassus angites

Nie pamiętam, kiedy to było dokładnie, ale chyba późną wiosną 2016. Wolna sobota – zwykle spędzałam ją w domu albo wypuszczałam się w miasto na hulajnodze, żeby poszwendać się między pekińskimi hutongami, zwłaszcza, że były plany wyburzania kolejnych, a i tak zostało już ich niewiele (chodzi o to, żeby rozproszyć alternatywny hutongowy świat i przywołać do porządku młodych Chińczyków, którzy spotykają się w tamtejszych kawiarniach i klubach muzycznych z obcokrajowcami, zażywają narkotyki i najpewniej się namawiają). Dom Pedro, największy akwamaryn świata, fot. Donald E. Hurlbert Zaplanowałyśmy z Ewą wycieczkę po oprawki, ale głównym punktem programu był Pearl Market (Hongqiao Market), który gromadził nie tyle samych poławiaczy pereł, ale tych, którzy nimi handlują. Dziś można tu kupić wszystko, ale my przyjechałyśmy po biżuty, które znajdują się na górnym piętrze. Żadna ekspedientka nie siedzi tu bezczynnie, wszystkie wiążą perły w piękne naszyjniki jak te pracowite myszki. Ewę wci...

królowa nocy

 Dla mojej mamy. Fot. Will Burrard-Lucass, 2019 2007. Pracownia na warszawskim Kamionku, przy Mińskiej była przepastna – prawie 80 m2 i dosyć wysoka. Wcześniej była tam szwalnia, w której szyto głównie podróbki. Miejsce tanie, ale do gruntownego remont – po zalaniu. Trzeba było kuć tynki, bo ściana była mokra do połowy wysokości. Zanim zaczęliśmy robotę, postanowiłam, że zrobię tam szablon. Wybrałam czarną panterę, bo wtedy malowałam dużo egzotycznych zwierząt, lubiłam zwłaszcza dzikie koty, bardzo mnie fascynowały. Nasprejowałam ją wysoko, prawie pod sufitem: niby stała niby siedziała na gałęzi drzewa. Potem zniknęła. Dziś wraca w zupełnie nowej odsłonie. Pantera, a pan potem, Mińska, 2007, fot. KB   Kilka dni temu mi się śniła, widziałam ją jak zwinnie wskakuje do domu przez balkon. Zastanawiałam się, kto się nią zajmuje. W domu był pies. Bałam się, że go pożre. Pantera była dosyć przyjacielska jak na dzikiego kota. Byłam pod wrażeniem jej zwinności, ale też trochę się bałam...

Jak wypowiadać życzenia, żeby się spełniały

Wracałam wtedy z pracy, w której ani nie wyżywałam się intelektualnie, ani nie ekscytowałam finansowo. Mieszkałam już od 3 lat w Londynie. Przygoda fajna, no ale jednak zaczęłam mieć wrażenie, że kręcę się w kółko. Pracownia na Peckham z kolegami artystami londyńskimi, wolontariat w galerii przy Elephant and Castle, zajęcia w National Gallery dla uczniów szkół językowych. Do tego mieszkanie przy Ruskin Park House z Anglikami lewakami: wymienialiśmy się dobrami za darmo, kompostowaliśmy, no i dziwiliśmy się, że ludzie cieszą się  z narodzin kolejnego Royal baby . Wszystko fajnie, ale nie jestem rentierką o arystokratycznych korzeniach, ani potomkinią inteligenckiego rodu, który wzbogacił się na imporcie herbaty, więc po pierwsze muszę zarabiać, a po drugie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy o to mi chodzi? Al i Tom, których wtedy odbierałam ze szkoły, skądinąd sympatyczni, przypominali mi na każdym kroku, że jednak ta robota na dłuższą metę nie jest rozwojowa.  Idąc p...

Wielki przyciągacz

Siedzę sobie w pociągu do Olsztynka. Pociąg stoi przy peronie na stacji Warszawa Wschodnia. Patrząc w prawo widać kolejne perony, a za nimi zieleń. Ciemniejsza i jaśniejsza. Robi się z tego kurtynka albo zasłonka. Może i taka do innych wymiarów?  Kto to wie? Ja też nie wiem, przecież tam nie zajrzałam. – Nie zajrzałaś? – No nie. – A chciałabyś? No pewnie! Kto by nie chciał – Ja bym nie chciała, bo już tam byłam. JA wszędzie byłam. A ty tam nie byłaś? To gdzie byłaś? – W Chinach, w Anglii, w Japonii, to też wyspa. – We wszechświecie, wszystko jest jak wyspa. On jest duży, na jego tle wszystko wydaje się małe. – No i dobrze, dlatego na Wielki Atraktor patrzę z daleka, z większej odległości, z dystansem, bo jak sobie zaczynam wyobrażać jaki jest wielki, to już mi się gorąco robi i brzuch mnie boli z wrażenia. Mózg mi się przegrzewa, choć się nawadniam wodusią z dodatkiem groszków soli kłodawskiej, ale i tak robi mi się sucho w ustach i gorąco od tej wielkości. Z monologu ...

Wytłoczki do jajek

W Olsztynie autobusy jeżdżą rzadko, tak co 20 minut, a 107, które dojeżdża do Łupstycha, pod Olsztynem jeszcze rzadziej. Łapanie takiego autobusu jest jak planowanie podróży z Warszawy do Lublina.  Ffffound Trzeba sprawdzić, o której autobus odjeżdża, stawić się o czasie na przystanku, lepiej wcześniej. Jeśli przyjdzie się za późno, to wiadomo, że trzeba czekać, ale jeśli jest to akurat niedziela, to nawet pół dnia się siedzi pod żółtą wiatką, na skraju lasu. To znaczy ja nigdy nie siedziałam, ale mogłam, a ta myśl mnie przerażała.  Z drugiej strony czekanie pod żółtą wiatką mogło być miłe.  Na lewo las i aroboretum. Samego arboretum nie widziałam, ale tak się nazywa kolejny przystanek na żądanie. Może ta specjalna grupa drzew, wyróżniona komunikacyjnie, znajduje się gdzieś w głębi lasu, pomiędzy poślednimi drzewami, a może jest zupełnie inaczej. Las jest ładny. Niezbyt stary, niezbyt młody i na tyle gęsty, że swoim listowiem tworzy połyskującą, napra...

Ciąg dalszy tego, co zaczęło się wczoraj

No więc cbecność szczura w pracowni nie dawała mi spokoju. Tym bardziej, że być może odcięłam mu drogę ucieczki, zasłaniając wentylator. W domu zastanawiałam się, czy ciągle tam jest, a jeśli tak to, co może jeszcze nawyrabiać. Następnego dnia, w drodze do pracowni Bima gryzła patyk i biegała nerwowo, a ja zastanawiałam się, czy dziś sobie pomaluję, czy może będę nurkować pod obrazami w poszukiwaniu szczura. Obrazy znowu powywalane. Te, które wczoraj malowałam, też. Pewnie szczur próbował wleźć z powrotem do wentylatora. Poczułam na ciele dreszcz, wyobrażając sobie, że gdzieś tu siedzi i jak ja go stąd wywabię? Zaczynam sprzątać i odstawiam powywalane sprzęty. Duże, zagruntowane, białe płótno leży na podłodze. Na jego powierzchni odcisnęły się kartki i papiery, które były pod spodem. Łapię za nie. Podnoszę. A tu nie szczur tylko...miejska łasica, a właściwie łasicze dziecko. Jest mała i brązowa. W pierwszej chwili zdębiała, ja zresztą też. A potem szu szu szu, szybko odskoczył...

Zaczyna się źle, a kończy jak zwykle dobrze

Idę ja do pracowni, świeci słońce, ludzie wychodzą z pracy do domu, piesek sobie biega. Już myślę co będę malować. Na a przede wszystkim, że napiję się mocnej pu-erh z cytryną, którą zagryzę ciasteczkiem migdałowym.  Cieszę się, że pies pamięta, które to drzwi. Otwieram, ale ona staje jak wryta, jakby zobaczyła ducha. Chodź mówię, a ona robi zwrot i odbiega do wyjścia. Dziwne. Przekroczyłam próg pierwsza, przez sekundę było jak zwykle, a potem szybko zorientowałam się, że coś jest jednak inaczej. Patrzę, że obrazy, które wisiały na ścianie pospadały. Może coś borowali, zatrzęsło się i powypadały gwoździe, a może w pomieszczeniu obok robili eksperymenty chemiczne, odwirowywali i to dlatego. Ale widzę, że obrazy z kupki po przeciwnej stronie z górnych rzędów leżą na podłodze, a niektóre bezładnie na moim krześle. Zauważam kolejne rzeczy na podłodze: farby, taker, taśmy i lampkę z wywalonym kloszem. Czyżby włamanie? Niee tam. Rozglądam się jak Sherlock w poszukiwaniu przyczyny. Wi...